Drzenie ich głosu, cichsze wyrazy, zbliżenie ku sobie i ściśnięcie sobie dłoni długie, mówiące jak myśl — przerwało na chwilkę rozmowę, której słów dosłyszeć niemógł nikt, prócz nich samych...
— Juljo — ja cię kocham! głośniej trochę i z uczuciem wyrzekł nareście Jan.
— Wiem o tem — odpowiedziała — wiem o tem — i — nie będę panu — tobie — nie będę ukrywać — na cóż kłamać? — ja kocham cię także. —
Jan pomimo przytomności Marji zapomniawszy się padł na kolana. —
— Na Boga! co robisz... wstań. —
Jan usiadł znowu. —
— A! takie szczęście to nad siły ludzkie — oszaleję! zawołał. Ty mnie kochasz i pozwalasz mieć nadzieję, że będziesz moją, moją na zawsze.
— Słuchaj — słuchaj — nigdy w życiu nie kochałam nawet myślą, nawet wyobraźnią, które zawcześnie w kobiecie się budzą. Raz mogę kochać, ale na zawsze. — I chcę żeby miłość moja była życiem całem, żeby ten kogo wybieram, był mój, mój, mój tylko — żebym go była pewna jak siebie, żeby nic nas rozłączyć nie mogło
— Wątpisz o mnie!
— Kocham i lękam się.