— Na co te próby, Juljo kochana? serce ci mówić powinno czy on cię kocha — stawisz na kartę całe życie swoje. — Ja nie miałabym siły, — wolałabym później nieszczęście, niż dziś tak chłodną krwią zadawane męczeństwo. — Ciebie i jego, żal mi was obojga!

Jan niemogąc przesiedzieć tego roku daleko od Julji, pozostał u ojca. Zdawało mu się, że bliżej jej będąc, łatwiej wytrzyma rok próby. Siedział smutny, chory w Jarowinie, błąkał się po otaczających lasach, lecz posłuszny woli Julji, nigdy nawet nie poszedł odwiedzić ławki pod dębami, chyba nocą. Nieraz widział z daleka powóz, którym jechała Julja, nieraz mignęła mu się biała jej suknia, a ludzie opłaceni donosili mu z najdrobniejszemi szczegółami co się działo w Dąbrowie.

Julja myślała, że był w Litwie.

Tym czasem prezes, przy swojem sknerstwie dziwaczny, przeniosłszy panowanie do domu podkomorzynej, nie bardzo był rad nowej swojej dziedziczce, której widocznie nie lubił. Ciągłe wymagania pomocy pieniężnych robione w różny sposób przez podkomorzynę, niecierpliwiły go i gniewały. Łajał podkomorzynę, bił jej służących, a Matyldzie, której sentymentalnych tonów niecierpiał, dogryzał najbardziej. Wszystko w niej mu się niepodobało. Pewny, że go tu nie pożegnają zrzeczeniem się jego fortuny, jak w Dąbrowej, pozwalał sobie co mu na myśl przyszło. W ostatku ulubionego bardzo pannie Matyldzie młodego, pięknego i wcale do rzeczy, ale zupełnie ubogiego starającego się — odpędził bez żadnej innej przyczyny nad to, że był ubogi.

Napróżno starano się go uprosić, pokonać, wymodlić pozwolenie, prezes im bardziej naglony, upierał się coraz mocniej. Trzeba było wypowiedzieć dom panu Tadeuszowi, a na jego miejscu sam prezes wprowadził ślepego wprawdzie na jedno oko i głupiego w najoryginalniejszy sposób, ale bogatego pana Safetycza.

Safetycz był głupcem rozumnym — niezmiernie wiele zjadł xiążek, bardzo dobrą miał pamięć, ale to było najograniczeńsze w świecie stworzenie. Świata, ludzi, siebie nierozumiał, wszyscy szydzili z niego, on wszystko brał za dobrą monetę. Naprowadzony na uczoną materję, sypał jak z rękawa wiadomości połamane, poduszone, które w jego mózgownicy jak w magazynie ciemnym i wilgotnym, upakowane leżały. Starając się o Matyldę, cytował wszystko co czytał o miłości, czując tego potrzebę, i najnaiwniej w świecie przyznawał się, że wielu rzeczy zrozumieć nigdy niemógł. Tysia bała się go jak ognia, gdyż ją przygniatał swoją erudycją, podkomorzyna ziewała na samo wejrzenie na Safetycza, jeden prezes silnie sprawę jego popierał. Prawda że był bogaty i skąpy.

W sąsiedztwie nikt cierpieć go niemógł; nie było bowiem dokuczliwszego sąsiada, nudniejszego gościa, nieubłagańszego procesowicza. Wszystko robił z flegmą, z krwią chłodną, powoli, regularnie, ale z zabójczą nieczułością machiny. Przemówić do uczucia jego było niepodobna, bo go niemiał i niepojmował w drugich.

Matylda płakała, podkomorzyna pocieszała ją jak mogła i znosiła, prezes naglił.

Safetycz się nareście cytując mnóstwo pięknych rzeczy, oświadczył matce i pannie. Matka odesłała go do panny, panna odesłała do matki. Ale gdy przyszło dać stanowcze słowo, a prezes stukał kijem wymagając końca, Tysia na prawdę zachorowała, schudła i rzuciwszy się do nóg matce, powiedziała: że umrze, jeśli ją za Safetycza wydadzą.

Burza się zbierała. — Prezes poczynał żółknąć i gniewać się. Safetycz cytował różne wypadki miłosne ze starych romansów. Podkomorzyna desperowała, Tysia była nieubłagana. Młody jej ubogi pretendent tajemnie listami podsycał opór i dolewał oliwy do ognia. —