Zwlekano od dnia do dnia, od tygodnia do tygodnia i końca nie było.

Tym czasem prezes, który z oka nie tracił Dąbrowej, dla samego gniewu swego na starościnę i jej wnuczkę, śledząc co się tam dzieje, odebrał pewną wiadomość, że Darski, który się ledwie był tam pokazał, od roku nie bywał.

— A więc odprawiony z kwitkiem! rzekł w duchu i namyślając się głęboko.

Wtem jednego rana ekonom z folwarku Bityna wpadł z wiadomością do prezesa, że w nocy panna Tysia zniknęła — Pan Tadeusz ją wykradł.

Prezes kazał zaprzęgać konie, stukał, bił, łajał, piechoto poszedł niedoczekawszy się bryczki i przybywszy do podkomorzynej, którą we łzach zastał, począł od najdzikszych wyrzutów, które serce matki krwawiły. Podkomorzyna, która po macierzyńsku kochała córkę, bolała nad jej stratą, i w usposobieniu w jakiem była, z zimną krwią słuchać nie mogła łajań prezesa, rzuciła mu w oczy wyrzeczeniem się wszystkiego, co im obiecywał.

— Niechcemy nic! zostaw nas pan spokojnych! I rozpłakała się i rozchorowała się na serce. Prezes odjechał w najsroższym gniewie; i tak zerwały się stosunki jego z podkomorzyną, upadła nadzieja wielkich bogactw, a pan Tadeusz został przy posiadaniu Tysi, która całkiem wyzdrowiała. Państwo młodzi przenieśli się do matki, gdyż pan młody niemiał tylko małą dzierżawę, która mu się kończyła.

Całe sąsiedztwo przeczuwać zaczynało, że prędzej poźniej prezes zwróci się znów do Dąbrowej. Niewiedział co z sobą począć, a niemając gdzie panować, nudził się aż do choroby. — Łając i odgrażając się zaczynał już pożyczać zboża i różnych rzeczy żądać w Dąbrowie, co było u niego znakiem najwyższej łaski. Starościna nie odmawiała niczego. Sknera brał i nieoddawał, rządził się, łajał, ale coraz bliżej krążył około Dąbrowej, do której jednak zajechać jeszcze nieśmiał. Nareszcie raniuteńko na ś. Annę, w dzień imienin staruszki, gdy jeszcze nikogo z gości nie było, pokazał się na ganku. Przyjęto go jak krewnego, jak znajomego, jak gościa. Trochę był tego dnia mniej żółty i udawał wesołego, ofiarował starościnie na wiązanie pudełeczko z kory brzozowej, Julję powitał po dawnemu i zainstalował się znowu, jakby nigdy nic nie zaszło między nim a tym domem.

Po sąsiedztwie gruchnęła wieść znowu, że prezes pojednał się ze starościną, że Julji wracają nadzieje ogromnych jego zapisów. Matylda, której sto tysięcy po najdłuższem życiu swojem, trochę przejednany rzucił prezes prawie ze wzgardą, nic już się po nim spodziewać nie mogła; bliższych krewnych niemiał.

Bogata panna na wydaniu!! — wołali wszyscy na mil kilkanaście do koła. — Co było gołych paniczów, zadłużonych ojców, matek troskliwych i krewnych ubogich, wszystko to młodą armję pretendentów wysyłało znowu do Dąbrowej. — Nie będziemy wam opisywali gromady starających się, która Julję oblęgła, a w której niepoślednię też rolę z własnego instynktu grał Safetycz. Prezes już go tu prowadzić nie śmiał — dla Julji, mówił, trzeba coś pokorniejszego. Julja zaś znajdując rozrywkę w głupstwie uczonem Safetycza, najlepiej go ze wszystkich przyjmowała. Śmiała się z niego, a on był najpewniejszy, że go kocha i cytował już nawet Anakreonta.

Między starającemi się odznaczał xiążę W — któremu imię Henryka (był VI. Henrykiem w familji) nadano na chrzcie, jako przyszłej głowie rodziny.