Nadeszła zima i dzień naznaczony.
W Dąbrowie było mnóstwo gości, a xiążę Henryk najjaśniejszą między niemi gwiazdą.
Julja tego dnia weselsza niż zawsze, dla niego zdawała się być grzeczniejszą. — Każde jej najzimniejsze nawet wejrzenie mogło zawrócić głowę, cóż gdy starała mu się nadać wyraz i uczynić je czarownem? xiążę Henryk nieodstępował jej — i jemu wytrawnemu, zużytemu prawie mąciło się w głowie. Gdyby był w stanie, byłby się zakochał, lecz uczynił co mógł — zadurzył się. W sercu za młodu miłostkami powszedniemi skalanem nie mogła już urodzić się miłość, ale gwałtowne, namiętne i zwierzęce pragnienie.
Julja siedziała z nim na kanapie, sam na sam w dowcipnej rozmowie, w której oboje celowali. Reszta gości u stolików z kartami, u fortepianu, przy krześle starościnej, koło kanapy panien rozprószona była, Jan wszedł o zwykłej godzinie i zastał — serce mu się ścisnęło, Julję tak zajętą xięciem Henrykiem — że go zdawała się niewidzieć. — Gdy ją przywitał, skinęła głową obojętnie, a choć ją wiele to kosztowało, nie wstała z kanapy, nie przemówiła słowa — śmiała się i dowcipkowała. —
Niepokazał po sobie Darski, jaką uczuł boleść, twarz jego tylko zwykle wypogodzona, zbladła, oddech stał się ciężki i siadł na pierwszem wolnem krześle.
Zdaleka wejrzeniem mierzyła go nieubłagana. Julja czytała co cierpiał, darła jej się dusza, lecz chłodny jakiś rachunek kazał jej dla podbudzenia miłości Jana, rozniecić w nim zazdrość. Niepotrzeba jej było, bo Jan kochał tak jak dziś niewielu kochać potrafi, całą dziewiczą siłą niezużytego serca i niepokalanych zmysłów. Obojętność Julji, z której ochłonąć potrzebował, oswoić się z nią, bo jej się niespodziewał wcale, uderzała go jak piorón. Myśli błąkały mu się po głowie bezkształtne dziwne, rozpaczliwe.
A Julja śmiała się z xięciem, z figur widzianych na ostatnim wieczorze, głos jej czysty, wesoły na pozór, dochodził uszu kochanka, serca, i brzmiał w nich jak trzask walącego się gmachu.
Byłażby to znowu próba? spytał się w duszy Jan.
A! daj Boże — inaczej ja bym tego nie przeżył — i ona! — Zabił bym ją — zabił bym ją! powtarzał drąc rękawiczki i szarpiąc suknie na sobie. — I zabić za mało! zemścił bym się! o! zemścił okropnie.
Jan szalał, gdy głos Marji, która czuła się w obowiazku bawić opuszczonego gościa, głos Marji, którego od razu nieposłyszał, odezwał się blizko: