Spojrzeli na siebie, lecz Jan nic nie przemówił, zbyt wiele otaczało ich osób, a ukryć co czuł niemógł.

— Janie! cicho szepnęła Julja, a głośniej — o! jakieśmy się dawno nie widzieli. — I obłąkanego śmiejąc się, aby pokryć co czuła, poprowadziła ku oknom. Tu z miną najobojętniejszą przemówiła do niego tak, aby nikt po twarzach ich poznać nie mógł, co mówili.

— Co panu jest?

— Panu? Juljo! i ty mnie pytasz o to? po takiem przywitaniu! po takiej boleści!

— A! daruj.

— Jeszcze chwila tej męczarni —

— I cóżby było? drzącym głosem spytała go Julja.

— Byłbym cię zabił! stłumionym ponurym tonem odezwał się Jan.

Julji twarz rozjaśniła się.

— Daruj ukochany — o! daruj, to była próba.