Na odjezdnem szepnęła tylko Janowi —
— Jutro rano! ale tego nikt nie dosłyszał i zdaleka wziąść było można za proste — Dobranoc.
Nazajutrz Jan o dziesiątej przyjechał do Dąbrowej. Julja całkiem była inną, a chmurę widząc wiszącą jeszcze nad czołem Darskiego, starała się ją rozpędzić słowy, uściskiem ręki i temi tysiącznemi pieszczoty dozwolonemi, co są niczem dla obojętnych, szczęściem dla kochanków. Dotknąć ręki, zbliżyć się do niej, uczuć jej oddech, zyskać jedno ze spojrzeń jakie się nikomu nie dają, schować na sercu rękawiczkę, którą miała na dłoni, jakże to wiele dla jednych, jakże to drugim obojętne.
Ranek to był bez chmurki, roskoszny, jasny, szczęśliwy. — I Julja pożegnała go znowu — pozwoleniem przybycia. — Jutro rano. —
— Więc koniec tym probom nieszczęsnym, co mnie zabijają, spytał jej Jan po długiej, długiej rozmowie.
— Nie — odpowiedziała Julja.
— Juljo — chceszże mnie zabić? —
— Janie, wszystko się nagrodzi! ty mnie nie kochasz, jeśli o tem wątpisz, nie kochasz mnie, jeśli ci cięży ofiara dla mnie.
— Juljo! ty mnie nie znasz!
— Janie! jeszcze chwilka, a będę twoją i — na zawsze, będę ci posłuszną, będę ci laty całemi nagradzać, coś dla biednej dziwaczki uczynił.