Lecz Marja o niczem niewiedziała jeszcze. Wieczorem dopiero, gdy obie w pokoiku Julji siadły u komina, długo niewiedząc jak do tego przystąpić, Julja przysiadła u kolan Marji na dywanie i najpieszczotliwszym głosem, najpokorniej odezwała się:

— Marjo, ty wiesz, że ja jutro jadę, ale niewiesz ani dla czego, ani o co mam cię prosić. — Myślisz z innemi, że wyprawę robić sobie będę w Warszawie, gdy ja niewiem jeszcze, dotąd niewiem, czy mi wyprawa potrzebna.

— Jakto? niewierzyłabyś jeszcze w przywiązanie Jana.

— Wierzę, że mnie dziś kocha, ale czy ta miłość oprze się czasowi, ludziom — i niestety kobietom innym —

— Dziwnie go posądzasz?

— Dziwnie też przyszłości się boję.

— Mój Boże! gdy komu ściele się szczęście, on dziwaczy.

— Łaj mnie jeśli chcesz i jak chcesz, lecz zrób o co cię prosić będę. Wiem że o nic złego prosić cię nie mogę, przysięgnij mi, że zrobisz to czego żądam po tobie jako dowodu przyjaźni.

— Na cóż przysięga? jeśli mogę.

— Możesz i powinnaś, a wiem że opierać się będziesz, że tysiąc znajdziesz przyczyn do odmówienia mi.