Ona ledwie go pocieszała kilką słowy, a w duszy myślała. — O! jakże ona szczęśliwa! On ją tak kocha...

Czemuż trzeciego dnia Jan powiedział sobie, że Marja nie dręczyłaby tak kochanka, że w jej miłości więcejby było wiary, bo więcej uczucia?

Myśl ta wstydząc się, uciekła...

I mówili znowu o Julji tylko...

Potem spotkali się już trochę oswojeni z sobą, prawie radzi, że się widzieli, z pół uśmiechem. Marji błogo było na sercu, bała się uciekających chwil, które byłycałym skarbem jej życia, rada je była strzymać, zahamować. — A gdy Jan krótko pobywszy uciekał od niej, zamyślała się licząc godziny do jego powrotu.

I poźniej jeszcze ośmieliła się spojrzeć na niego — a wejrzenia ich dziwnem losu zrządzeniem spotkały się, i powiedziały to, o czem sami niewiedzieli jeszcze tak zdradziecko, że oboje zarumienili się ze wstydu, z bojaźni.

Jan odjeżdżając powtarzał w drodze — Juljo, Juljo, godziż się szydzić z uczuć świętych, i na taką je wystawiać próbę? —

Lecz Jan kochał Julję, a Marja niczem się nie zdradziła. — Byli tylko poufalsi z sobą, przyjaciółmi już, którzy powoli odkrywali sobie serca tajniki.

Raz nawet Marja ze swej przeszłości smutne szczątki życia opowiedziała Janowi i Jan zabolał nad nią. — Biedna! biedna! rzekł w duszy — a tak sama jedna! a tak nieszczęśliwa!

I jakoś potem długo dość nie mówili nic o Julji, tylko o sobie. Aż przyszedł list z Warszawy i wszystko wróciło jak było dnia pierwszego.