— Tańcujesz pan? spytała. —

— Nie zawsze.

— Dla czego? —

— O! długobym pani tłumaczyć się musiał. Taniec według mnie powinien być nie nakazaną i zapowiedzianą rzeczą, ale wynikłością wesela, szału młodości — szczęścia. Jeśli jestem w usposobieniu podobnem, tańcuję.

— Ale pan mówiłeś, że jesteś szczęśliwy, powinieneś więc tańcować?

— Szczęście a wesołość, to wcale co innego, odparł nieznajomy. — Nie możnaż być szczęśliwym a smutnym?

O! to już na oryginalność zarywa. —

— Nie wyparłbym się jej, gdybym ją miał, ani bym udawał nie mając. Udana jest śmiesznością największą, naturalną cechą czasem czegoś lepszego, a przynajmniej niepodległego umysłu. — Wracając do tańca — nawzajem panią spytam, czy będzie tańcować. —

— Choćbyś to pan miał wziąść za naśladowanie, powiem mu, bo tak myślę — i ja także lubię lub nie lubię tańcu od usposobienia w jakiem jestem.

— A dziś —?