— Niebardzo. —
— Towarzystwo coraz się bardziej ożywia.
— W istocie mazur ochoczy; ale mnie głowa boli. — Marjo ty byś może tańcowała?
— Ja? nie — krótko odparła Marja i spuściła oczy.
Gdy się ta rozmowa toczy u krzesła Julji, której oczy jaśnieją, podkomorzyna napróżno pyta i rozsyła się dowiedzieć, kto jest ten nieznajomy mężczyzna.
Sekretarz sądu powiatowego widzi w nim oczekiwanego co chwila urzędnika do szczególnych poleceń; marszałek domyśla się jakiegoś wysłańca z sąsiedniego miasteczka dla zdania sprawy z balu dzisiejszego; sprawnik dziwi się że go niezna, a obywatele jednogłośnie obwołali go jakimś obcym intruzem. Zaglądają mu w oczy, podchodzą, kręcą głowami — zgadują — napróżno. Nareście wynaleziono jakiegoś jegomości, który powiada, ze widywał nieznajomego na siwym pięknym koniu, polującego w okolicach Dąbrowy.
Po chwili rozmowy odszedł od krzesła nieznajomy, przeszedł się po sali, ścigany wielą oczów i jakby przypadkiem powrócił ku Marji i Julji.
Już też koło nich siedziała i podkomorzyna, obiecując sobie wystrzelić wprost zapytaniem w samą pierś tajemniczej postaci.
Poczęto się uskarżać na gorąco, mówić o powrocie do domu i najniezręczniej w świecie podkomorzyna dłużej już wytrzymać nie mogąc, odwróciła się ku nieznajomemu z zapytaniem:
— A pan daleko mieszka?