Są chwile w życiu człowieka przestraszające go, choć bojaźni, której doznaje patrząc na nie gdy się zbliżają, nic wytłumaczyć nie potrafi. Nie zawsze przeczucie wieszcze wstrząsa sercem i cofać się doradza — czasem wielkość nadziei rodzi obawy, by ich mgnienie oka nie zniszczyło. Głowa się zawraca, usta bledną, oko patrzy i nie widzi, myśl nawet jak ptasze, nad którem krąży jastrząb niewidomy, osłabłemi skrzydły plącze się w powietrzu i opada.
Najodważniejszy, najprzytomniejszy w tych krytycznych życia perjodach niepoznaje sam siebie, a gdy poźniej chłodniejszem okiem spojrzy na bojaźń doznaną, śmieje się z niej jak z dzieciństwa.
Jan dojeżdżał do Dąbrowej z takim właśnie niepojętym przestrachem, jakiśmy tu opisali. Czego się lękał? niewiedział; tłumaczył sam sobie, iż bojaźń była nierozumnem uczuciem, chorobą jakąś, dzieciństwem, a obawiał się przecie.
My wnijdźmy przed Janem do pokoju starościnej i zajrzyjmy do niego w chwili, gdy Julja wracająca z przechadzki, zmęczona, poruszona przysiadła na stołeczku u nóg babki.
— Widzisz dziecko moje, rzekła do niej staruszka przykładając rękę do jej skroni — jak ci krew bije do głowy, cała jesteś czerwona, a takeś się zmęczyła. Tyle razy cię proszę, żebyś nie biegała. — I Marja pozwala na to.
— Mówiłam Julji — prosiłam. —
— Ale babciu, kiedy mi to nie szkodzi!
— Tak, nie szkodzi! chwała Bogu, ale może ci zaszkodzić. Ruch mierny służy zdrowiu, ale taka gwałtowna agitacja.
— Moja babciu, a kiedyż biegać jeźli nie w moim wieku?
— Z umiarkowaniem.