Oczy mu się zaiskrzyły, zapłomieniły, ściął usta, drżał — syn tego —

— Syn znajomego prezesowi. —

— Tak! znajomego — wroga! — Cóż on tu robi?

— Julja go poznała na — balu — mówiła starościna i zaprosiłyśmy go — to jest ja go zaprosiłam.

— Po co? z uśmiechem rzekł prezes — po co? po co?

— Pozwolisz prezesie, że mogę przyjmować kogo zechcę — urażona odparła staruszka.

— Zapewne! zapewne! zobaczymy! Darski! mruczał niewyraźnie stukając kijem i wstrząsając się cały mówił prezes:

Zobaczymy! Pan Darski — hołota! moje wrogi. —

Zachmurzyło mu się czoło, zżółkł w chwili bardziej jeszcze i mnąc czapkę na kolanach leżącą, powtarzając niewyraźnie wykrzykniki jakieś, siedział z oczyma wlepionemi w ganek. — Zaprosili — ale ja go wyproszę. —

Tego niedosłyszała starościna, bo rozpoczęła mówić z podkomorzyną. — Po chwilce prezes jakby mu myśl jakaś dzika przyszła, porwał się z krzesła gwałtownie i zapomniawszy podpierać się laską, założywszy w tył ręce, poszedł w ganek. Przekulał dwa czy trzy razy wzdłuż balkonu zawsze z oczyma wlepionemi w Jana, którego pożerać się zdawał, nareszcie zastanowił się na przeciw niego, milcząc szydersko i zjadliwie popatrzał mu w oczy, a widząc że się Jan nie mięsza, odszedł. —