— Zdaje mi się że nie.
— Jeden z nas przecie ustąpić z tąd musi. —
— Na to pozwalam, ale nie ja. — Prędzej nie odjadę, aż zechcę.
— Mości panie, pan nadużywasz mojej cierpliwości.
— Panie prezesie, zapominasz pan, co winieneś temu domowi, co winieneś sam sobie.
— Waćpan mi dajesz nauki? —
— Nie — ostrzegam go.
— Mówię raz jeszcze, niechcę żebyś pan tu bywał.
Jeśli pani starościna mi to powtórzy —
Prezes wściekł się zupełnie i kulejąc poszedł szybko w ogród. Jan nie bez śladów wzruszenia na twarzy, powrócił na balkon. Julja, która nie słysząc wszystkiego, domyśliła się przecie rozmowy, drżąc ze wzruszenia także nalewała herbatę. Widząc powracającego Jana spojrzała na niego — ale jakim wzrokiem? Jedno wejrzenie takie mogło wieki mąk piekielnych nagrodzić. Starościna czując się nie bardzo silną i zdrową, usunęła się do swego pokoju, a podkomorzyna wyszła na ganek prezydować przy herbacie.