Prezes latał kulejąc po ogrodzie, zgrzytając resztą żółtych i czarnych zębów. —

Jan jak po bitwie osłupiały w dziwnym myśli chaosie spoczywał, marzeniem jakiemś zdawało mu się wszystko co doznał i przebył. Niemógł się zmusić do uśmiechu, do rozmowy, do wcielenia się w towarzystwo — był zabity. Wzrok tylko Julji odżywiał go powoli i z odrętwienia wychodził.

— Co zrobić? mówił w sobie, co zrobić — porzucić dom ten — porzucić ją — wyrzec się —! Niemogę, zapóźno! Lecz co za przyszłość! co za męki! ile przecierpieć potrzeba! To dla niej! — Lecz będęż miał siłę?

— Zbliż się pan do herbaty — zawołała Julja i rozpogodź czoło, godziż się być tak smutnym między nami?

— Smutek jest nieproszonym i niespodziewanym gościem, który wchodzi i zasiada, gdy najmniej go wyglądamy.

— O! takiego gościa nie przyjmować. —

— Biedni goście! szepnął Jan — jeśli ich wypędzają, a im się tak chce pozostać.

Julja tylko słyszała te słowa półgłosem wymówione, i nic nieumiała na nie odpowiedzieć. Podkomorzyna wmięszała się do rozmowy i poczęła Jana rozpytywać o ojcu, którego chociaż była blizką sąsiadką, nigdy go nie widywała. Syn z miłością do zapału posuniętą, odmalował jej życie spokojne, święte tego starca, który niczego nie żałował, po niczem nie tęsknił, modlił się, pracował, pocieszał drugich i czekał śmierci jakby pożądanej godziny połączenia z długo niewidzianym przyjacielem i towarzyszem. Łzy zakręciły mu się w oczach, Julja ich nie widziała, ale Marja postrzegła i jej także dwoje łez zamgliło czarne zrenice.

Jan zobaczył te łzy współczucia i serce mu uderzyło; — znowu uczucie niepojęte pociągnęło go ku Marji. — Ale to trwało mgnienie oka. Julja patrzała na niego. —

Rozmowa stała się powszechną. —