— Może — bardzo.
— Ale kiedy ja chcę wiedzieć — to coś więcej jeszcze.
— Pani się go domyślisz.
— Jestem bardzo niedomyślna.
Podkomorzyna przerwała, pytając Julji, czy uważała na balu suknię strapczynej dobraną kolorami do munduru mężowskiego. Rzekłby kto, że z przywiązania, dodała, a jednak pani strapczyna zawraca głowy wszystkim panom urzędnikom do szczególnych poleceń.
Jan wziął za kapelusz i pożegnał towarzystwo, czuł się nie w stanie pozostać tu dłużej, prosił Julji żeby od niego przeprosiła starościnę i pożegnała ją, gdyż był zmuszony odjechać.
Przy odjeździe ostatnie Julji wejrzenie dobiło Jana. Marja nieśmiała na niego podnieść oczów. Wkrótce tentent konia dał się słyszeć w dziedzińcu. — Prezes, który niedaleko krążył, wysunął się z za drzew i kulejąc pospieszył na balkon. Tu rozsiadł się przy Julji, milczący nalał sobie herbatę i oczyma tylko ognistemi rzucając po siedzących, pił i jadł łapczywie.
Skończywszy spojrzał na srebrny u tasiemki czarnej zaczepiony zegarek i skrzywił się. — A starościna? spytał.
— Odpoczywa, trochę słaba.
— Muszę się z nią widzieć.