Nie było odpowiedzi, Biskup mówił dalej coraz głos podnosząc.
— Rozgrabili mienie moje, chwycili klejnoty i szaty, strat mam na kilkaset grzywien srebra lub więcej.. kościołowi należy za pokutę ofiara...
— Za tem, gdy się już pokuta okupi, — rzekł Dzierżykraj — drugiej wymagać się nie godzi. Prawo niezna, jak jedną karę za winę. Dwa razy nie kaźnią nikogo.
— Wiem żeście w prawie biegli i niedarmo lat parę strawiliście w Bononji — przerwał Biskup, — ale ja moje prawo mam zapisane, tu, w piersi, nie znam innego nad nie. Obrażony, skrzywdzony, nie wyjdę ztąd inaczej, jak pomszczonym.
Walter, którego krzyk Biskupa onieśmielał, począł bełkotać.
— Co się tknie Toporczyków, głównych sprawców, nad niemi sprawiedliwość być musi — to nie podlega wątpliwości.
— Niech gardła dadzą! — zawołał Biskup zapominając, że żądał tylko więzienia.
— Lecz wy sami byliście dla nich miłosierniejszemi przed chwilą — odezwał się Dzierżykraj. — Życia im nie weźmiecie.
Biskup nieco dotknięty, spojrzał na mówiącego ostro i rzucił się na swe siedzenie. Tuż stał dzban i kubek, wypił cały i rzekł do Dzierżykraja.
— Myśliwi jesteście!