— I wy na nią adwokatować pojedziecie? — wtrącił Paweł.
— Ja, albo kto inny — rzekł chłodno Dzierżykraj. — W. Miłość pozostaniecie tu aż do jej rozwiązania.
Paweł zerwał się z siedzenia.
— Dobrze! — rzekł — ja nie ustępuję nic — Nic! książe musi mnie na klęczkach publicznie przebłagać, zwolnię go tylko może z powroza na szyi. Toporczyki pod topór! Tysiąc grzywien kary i dla kościoła ziemi nadanie.
Rozśmiał się dumnie, gniewnie. —
— To moje słowo ostatnie!
Spojrzał nań kanonik i czekał trochę.
— Od tego nie ustąpię — powtórzył Biskup.
Dzierżykraj skłonił się w milczeniu, jakby się do wyjścia zabierał. Wieczór był późny.
Ksiądz Walter widząc go już ku drzwiom zmierzającego zawahał się, co miał począć, wynijść z nim, czy pozostać. Biskup dawał mu znaki, żeby się wstrzymał, Walter z widoczną obawą stał, patrząc na Dzierżykraja, który nie broniąc mu poufnej rozmowy, wyszedł natychmiast.