Stęknął ks. Jakób.
— Miejcież się na baczności, — szepnął bardzo cicho. Jedno z dwojga, chcecie skarżyć do Rzymu, po cóż mu w ręce się dajecie? Cóż będzie, gdy was tam ująć każe i do więzienia da wrzucić?
— Nie może być! nie targnie się! nie będzie śmiał! — krzyknął Janko. — Kapitułę do więzienia!
Starowina głową pokręcił, czapeczkę nacisnął na uszy, poprawił kożuszka — nie rzekł nic.
— Pójdę ja, ale nie tylko ja sam — mówił Janko, — gardłuję zatem, aby szli wszyscy nasi, i pójdą. Staniemy mu jako mur, jako opoka, jako wyrzut, jako głos sumienia mężnie. — Niechaj się dzieje co chce...
— A jeśli tak zuchwałym jest jak głoszą? — zapytał gospodarz.
Zmilczał nieco Janko.
— Gdyby się to stać miało, co wy prorokujecie — dodał po namyśle, gdyby się na nas targnąć ważył i do więzienia dał — toć świat o tem wiedzieć będzie, to mu wrogów przyczyni, i przyspieszy upadek pysznego...
— Mnie o me nędzne życie nie idzie — mówił z coraz większym zapałem. — Męczeństwo ponieść gotów jestem dla sprawy kościoła, głowę dać, krew przelać — a nie dopuszczę stolicy tej, świętych matki, bezcześcić i plugawić!
Ludzie powiadają — tak indziej bywa. Są źli biskupi, są pasterze niegodni! Nie było ich u nas na krześle tem, które zasiadał męczennik Stanisław ze Szczepanowa, błogosławiony Wincenty i Prandota i Iwo!