Nie było na tej stolicy cienia, ni plamy, a dziś!! ohyda!
Zakrył sobie oczy Janko.
— Ach! — ciągnął dalej — gdybym odwagę moją wlać w drugich potrafił, gdyby mu kapituła poszła pontificaliter, cała, jednogłośnie powiedzieć: — Nie chcemy cię, boś zakałą, idź z tąd synu szatana! idź przeklęty Antychryście! Musiałby precz, ze sromem zbójca ten ustąpić!
Pięść wyciągnął ks. Janko, jakby nią miał wroga niewidzialnego uderzyć.
Nie spostrzegł się uniesiony tak, wołając, że na ostatnie jego słowa wsunął się ks. Jeremi i bardzo spiesznie czapkę zdjąwszy, począł szeptać z uśmieszkiem.
— A co? a co? Biskup na jutro, na chleb, na polewkę prosi do siebie! Co to będzie! Wy, idziecie ojczulku?
Ks. Jakób głową potrząsnął...
— Jać nigdzie już nie chodzę, do kościoła nawet nie mogę.
— A wy? — zwrócił się do Janka.
— Jak sądzicie! — zapytał z pewną ironją Janko.