Konie na grudę listopadową nie były pokute — ludzi dużo tam i sam rozproszonych brakło, ciury z wozami pojechały za drzewem...

Ale rozkaz szedł — sposobić się. W innych oddziałach szło jeszcze gorzej. Mazury ks. Konrada potrzebowały dni kilku, Laskonogiego niewielka kupka porozłaziła się na wszystkie strony. Jeden książe Henryk Ślązki, z Peregrynem swoich niemców i po niemiecku trzymanych ostro ludzi mieli pogotowiu.

W obozie zawieruszyło się strasznie, niby z pośpiechu wielkiego, a w rzeczy aby jeszcze zamęt sprawić większy... Dowódcy za włosy się rwali, ale do kupy ściągnąć żołnierza nie było sposobu. Tak to wyglądało jakby naumyślnie przeszkody do pochodu wynajdywano.

Księciu Leszkowi cierpliwość się wyczerpała. — Łagodny pan poczuł iż tem zgrzeszył że za powolnym był, chciał się poprawić i stał przy swojem.

Hasłem było. — Na Nakło! i co rychlej. — Na Nakło.

Na wszystko odpowiadał tém jednem słowem tylko.

Jak człowiek powolny gdy się na sobie pozna i słabości powstydzi, Leszek chciał dowieść iż moc miał i wolę tęgą.

Nie pomagały więc żadne przedstawienia o zwłokę — mówił że czas było iść z czemkolwiek ale ruszać natychmiast.

Pierwszy to raz może tak stanowczo objawiał niezłomne postanowienie. Chwalili mu to jedni, drudzy w wojsku sarkali.

Odonicz, który przez ludzi swoich o wszystkiem wiedział, miotał się dosyć w domu, a w końcu sam do Leszka poszedł.