— Juści jutro nie pójdą! — zawołał plując — a — pojutrze.
Spojrzał na Jaszka — który głową kiwnął tylko.
Niepokój wielki i jakby niepewność widać było po Odoniczu — dodawał sobie odwagi, ale jej nie miał.
— Czas, — rzekł na wpół do siebie — czas — bo jakby tak dłużej, ja za siebie nie ręczę, zaczyna mi go być żal...
I milczał zadumawszy się i plunął kilka razy raz po razu.
— Dobry jest! szkoda go! wszystkichby kochał, wszystkimby przebaczał, z każdymby się dzielił... Człowiek przy nim mięknie i na nicby się nie zdał.
Znowu przerwał mowę dla plucia.
— Gdzie jemu panować, — począł gwałtowniej, — jak mu rządzić! Pan rękę musi mieć żelazną, nie taką łagodną co tylko głaszcze i pieści. Albo mu kaptur mniszy przystał lub spódnica...
Na nic się nie zdał, bo przy nim i drudzy pruchnieją.
Kiedy mnie go już żal! — dodał sam dziwując się sobie.