Teodor znowu rozpoczął swoją wędrówkę z prawym kciukiem w kamizelce. Usiłował wprowadzić pewnego rodzaju spokojną, rzeczową wrogość.
— Czy czytałeś kiedykolwiek Marksa?
— Nie — odrzekł Paweł — tylko przeciętne prace o nim.
Mimo to mniemał Teodor, że obiektywne uznanie zalet Marksa usposobi Pawła przychylniej. Rzekł więc:
— W każdym razie, wielka rzecz, ten Marks!
Nic nie mogło Pawła więcej drażnić, jak zwrot: „wielka rzecz” i sposób, w jaki brat te słowa wypowiedział. Obecność jego brata sprawiała jego oczom ból, paraliżowała jego ręce, które trzymał w kieszeni, żeby Teodor nie mógł widzieć, że drżą.
— Jesteś analfabetą! — rzekł Paweł nagle. — Powinien byś jeszcze uczyć się podstawowych rzeczy!
— Ty nie jesteś kompetentny, wcale nie jesteś w tej sprawie kompetentny! — Teodor podniósł głos: — Ciągle te podstawowe rzeczy. To jest wasza cała mądrość! Dzięki tym podstawowym rzeczom przegraliście wojnę. My zapoczątkujemy nową epokę w Niemczech! Wasze podstawowe rzeczy to świństwo! My w ogóle zaczynamy od początku. Nie musi się czytać Herdera i Lessinga, ażeby być człowiekiem i Niemcem! To przeklęta zazdrość każe wam tak do nas mówić. Nie chcecie, byśmy się rozwinęli. Nienawidzicie nas! Zazdrościcie nam naszej przyszłości! Razem z waszym klasycznym wykształceniem. Oto jest prawda! Durniem ty jesteś!
Ostatnie zdanie Teodor krzyknął tak głośno, że pani Bernheim przyszła z kuchni. Zanim jeszcze zaczęła mówić, przyłożyła do brwi ręce, żeby z uporczywie suchych oczu wycisnąć łzy, którymi miała zamiar za chwilę się posłużyć. Stanęła przy drzwiach i rzekła:
— Powiedz, Pawle, czy brat twój nie jest głupim dzieckiem?