Teodor rzucił na matkę i na brata spojrzenie, jakie się rzuca na zwłoki pobitych wrogów. Wyciągnął chustkę i jął czyścić szkła. Małymi, nagimi oczkami, nad którymi mrugały cienkie powieki, patrzył na przemian to na matkę, to na brata i myślał: „Trzymam ich na uwięzi!” — Następnie włożył okulary.
Paweł wstał nagle. Grożąc, podsunął Teodorowi pod nos dwie pięści. Teodor sięgnął do kieszeni po rewolwer. Przez jeden moment pomyślał Paweł o scenie z Nikitą. Szybko wycelował między oczy Teodora. Cichy trzask. Okulary pękły. Równocześnie pani Bernheim krzyknęła.
Przez kilka minut stali wszyscy troje bez ruchu. Przypominali woskowe figury z panoptikum. Na konsoli tykał zegar. Deszcz bębnił w okna. Na korytarzu szumiał wodociąg.
Potem grupa się rozpadła. Pani Bernheim znikła za drzwiami. Po chwili wyszedł Paweł i udał się do biblioteki.
Teodor zebrał odłamki szkła, mimo że właściwie chciał je zostawić. Sam jeszcze nie wiedział, do czego mu będą potrzebne. Może je wsypie do garnków, ażeby wszyscy pomarli. Może rzuci je przy stole Pawłowi w oczy. Trzymał je w zamkniętej ręce. Z wysuniętą naprzód głową, ostrożnie poszedł do swego pokoju. Wziął płaszcz, włożył buty zamiast półbutów. Pomyślał przy tym: nie zrobię im tej przyjemności i nie narażę się na zapalenie płuc. Wyszedł z domu. Udał się do optyka, a następnie do stowarzyszenia „Bóg i Żelazo”.
Paweł stwierdził w bibliotece, że większość jego książek znikła. Wszedł do pokoju Teodora, zdjął kilka książek z półki i zaniósł je z powrotem do biblioteki. Następnie wrócił do pokoju brata. Ujrzał trzy wiatrówki17, wiszące z bezwładnymi rękawami na wieszadle. Poniżej ramion na każdej z nich wyszyta była swastyka, czarna na białym tle. W kącie stała laska, której rączka była rękojeścią kastetu ukrytego w drzewcu laski. Dalej znalazł tam flobert18, dwa pistolety w stoliku nocnym i dwa sztylety na biurku, jako noże do rozcinania listów. Obok kałamarza stały małe pudełeczka tekturowe w kształcie sześcianów, napełnione nabojami. Teodor byłby w stanie stawiać tu opór całej kompanii żołnierzy.
W pokoju było gorąco. Poza kaloryferem stał tu jeszcze mały, żelazny piecyk. Był teraz zimny, lecz nietrudno było poznać, że wczoraj wieczorem w nim palono. Piecyk nadawał pokojowi charakter prowizorycznej izby podoficerskiej. Zamiast pogrzebacza używał Teodor drucianego szkieletu parasola. W pobliżu piecyka wisiały dwie skrzyżowane szpady, a w środku misiurka19, strzeżona kosztowność.
Tylko w pokoju Teodora było ciepło. Od kiedy pani Bernheim zaczęła oszczędzać, dozorca otrzymał polecenie palić dopiero, gdy słupek rtęci spadał do 5 stopni Celsjusza. Lodowy, stęchły zaduch unosił się nad meblami, dywanami i oknami wszystkich pokojów. Przypominały zimne, jasne, schludne i niesamowicie uporządkowane pokoje w oknach wystawowych magazynów mebli. Wszystko było nowe i nieużywane. Politura błyszczała jak pierwszego dnia. Dywany zdawały się nie wchłaniać kurzu. Parę dywanów kazała zresztą pani Bernheim zwinąć i ustawić w kącie. Stały tam bezpieczne i solidne, a jednak jakby w oczekiwaniu, że ktoś zgłosi się po nie. Na miejscu dywanów leżało miękkie, gładkie, ceglaste linoleum, po którym się stąpało jak po gumie. Ze wszystkich zegarów, które pan Feliks Bernheim porozmieszczał w odrestaurowanym domu, chodził tylko jeden na kominku jadalni. (Za życia pana Bernheima, w każdym pokoju stał albo wisiał jeden zegar. Miał bowiem słabość do zegarów i zmysł dla wartości czasu). Pani Bernheim sądziła, że kosztowne mechanizmy zegarów zużywają się, gdy są w ciągłym ruchu. Mimo to, w każdym pokoju umieściła jeden stojący zegar. A z białych, srebrnych, bezcelowych tarcz i wskazówek, które od lat pokazywały tę samą, skamieniałą godzinę, wiało niesamowite milczenie i snuło się przez mroźną próżnię pokojów.
Paweł przeszedł się parę razy po mieszkaniu. Zatrzymywał się za każdym razem przed dużym portretem ojca. Wisiał w biurze ponad półką, na której kiedyś piętrzyły się przypadkowe książki, korespondencja, gazety, a na której dziś stała tylko waga na listy, samotna, drgając lekko, jakby z zimna; z błyszczącą mosiężną szalką. Spojrzenie ojca zdawało się spoczywać na wadze. Nie miała innego zajęcia, jak wskazywanie, że to spojrzenie nie miało żadnej wagi. Paweł usiłował za tym dość nieudanym portretem, oddającym jedynie reprezentatywną powierzchnię fizjonomii, znaleźć prawdziwe oblicze ojca. Lecz to mu się już nie udawało. Przypominał sobie jeszcze pewne ruchy ciała i rąk, ich niebieskie żyły oraz czworokątne, bardzo czyste i prawie białe paznokcie. Lecz twarz zginęła, nigdy nie żyła. Nie pomogłoby nawet otwarcie grobowca. Oblicze ojca składało się obecnie z tysiąca dziur. Zamieniło się w kryjówkę i pokarm robactwa.
Po raz pierwszy był smutny z powodu śmierci ojca. Ojciec był jedyną siłą i ciepłem rodziny. Paweł powziął plan wyprowadzenia się z domu. Jak długo matka żyła, nie można było spodziewać się zmiany. Nigdy nie pozwoliłaby na przykład, aby Teodor sobie poszedł. Paweł chciał sam wyjechać.