Przechadzał się po ogrodzie. Krzaki róż drżały opakowane w słomę. Młode krzewy dzikiego wina przy parkanie były cośkolwiek większe. Żałosny był widok karłów, z których ściekał deszcz. Straciły swoje pogodne kolory i omszona zieleń wdarła się w wapienną biel ich baśniowych bród. Przybyły tu jako młodzi, rześcy staruszkowie, a teraz szły ku zagładzie i straciły uśmiechniętą godność swego wieku. W odróżnieniu od ludzi, karły z fabryki Grutzer i Sp. miały białe włosy w młodości i bezbarwne na starość. Wąskich ścieżyn nie posypywano już żwirem, nie skrzypiało pod nogami. Miękka ziemia pochłonęła małe kamyki. Ogród przypominał w ów zimny, dżdżysty dzień jesienny, teren budowlany.
— A czym zajmuje się ogrodnik? — zapytał Paweł matki przy obiedzie.
— Zwolniłam go — rzekła pani Bernheim. — To znaczy, wzięli go do wojska, przed tygodniem wrócił, ale nie przyjęłam go więcej. Portier bardzo dobrze daje sobie radę z ogrodem. Musimy się ograniczać, Pawle! Sprzedałam duży wóz i dwa konie, a część stajen wynajęłam Gerstnerowi.
— Kto to jest?
— Mleczarz, nie przypominasz sobie? Od pół roku nie mamy kucharki, tylko pokojówkę, a trochę tego jedzenia sama gotuję.
— A pokojów też już nie opala się?
— Mamy jeszcze węgiel w piwnicy, ale nie starczy go na całą zimę, gdy teraz już zaczniemy. A co zrobisz w styczniu? A te czasy! Żebracy nachodzą nasz dom i są zuchwali teraz. Kiedyś napadną jeszcze na nas. Prawa przecież teraz nie ma! Merwig poradził mi, ażebym kupiła papiery. Co zrobię z papierami gdy przyjdzie wielki krach?
— Pieniądz traci wartość, matko!
— Traci wartość? Pieniądz! — zawołała pani Bernheim — a cóż w takim razie ma jeszcze wartość? — Była jak gdyby pod wrażeniem wiadomości, że słońce dziś wzeszło po raz ostatni.
— Lepiej będzie zakupić akcje.