— Nie, na miłość Boga, nie, Pawle! — odparła matka. — Dla kobiety akcje są niczym. Kobieta nie zna się na giełdzie.
— Pozostaw to panu Merwigowi!
— Tego nie mogę zrobić, wiesz. On mi doradzał pożyczkę wojenną. Pójdziesz jutro do biura i z nim pomówisz. Od kilku miesięcy ten człowiek nie podoba mi się. Źle mu się powodzi. Synowi amputowano obie nogi, stracił posadę. Co za ludzie! Urzędnicy tylko tak długo są uczciwi, jak długo mają na utrzymanie.
Wypowiedziała te słowa ze swoją dawną „królewską wyniosłością”. Był to stan, w którym ciągle jeszcze dobrze się czuła. Zmartwiło to również Pawła, mimo że nigdy nie obiecywał sobie wiele po „personelu”.
— Ależ matko — pan Merwig pracuje u nas od trzydziestu lat!
— A w trzydziestym pierwszym roku zaczyna kraść — dodała pani Bernheim, i tak mocno zacisnęła wargi, że skóra nad szczęką napięła się, a twarz upodobniła się do białego kamienia.
Paweł poszedł do pana Merwiga jeszcze tego wieczora, przed zamknięciem biura. Siedział jak zwykle, za matową szybą, przy swoim wysokim pulpicie. Jego gęsty, siwy wąs był najeżony, jego surowe, zielone oczy przypominały szklane odłamki stłuczonej flaszki, jego głos był cichym pomrukiem. Należał do owych długoletnich służbistów, którzy nie znają już różnicy pomiędzy bezdusznością a czystością charakteru i których bezwzględna uczciwość przywodzi na myśl niewzruszony głaz.
— Źle jest, panie Pawle! — rzekł Merwig, i mimo że to miało być jedynie skargą, było wyrzutem. — Od śmierci św. pamięci ojca straciliśmy wielu klientów. Większość z nich przeszła do wielkich banków, wszystkim małym źle się powodzi. Inne banki zabierają się do różnych wątpliwych interesów, ale to nie są transakcje w zrozumieniu pańskiego nieżyjącego już ojca.
— Mów pan spokojnie: zmarłego, panie Merwig — przerwał mu Paweł. I żeby starego nie dopuścić więcej do głosu: — Zaczniemy teraz na nowo, panie Merwig. Ja wezmę sprawy w moje ręce.
— Najwyższy czas, panie Pawle...