Wyborna nowa droga, rękami kolonistów pod kierunkiem dra Grillo wykonana, prowadzi nas o 100 metrów niżej, ku dolinie rzeki Y-guassu, w region lasów araukariowych i bambusu.

Na skraju lasu, o milę od miasteczka, widnieje pierwszy domek drewniany, sklecony z tarcic, wśród paru morgów oczyszczonego i pokrytego zieloną runią wschodzącego żyta gruntu. W ogrodzonym starannie sadzie rośnie kapusta, sałata, czarny szablak191 (feijao preto), groch; przy domie192 parę drzewek owocowych, świeżo zasadzonych. Właściciel kolonii, Piotr Wojniak z Zakroczymia, jest tutaj zaledwie od 8 miesięcy. Dwie kobiety, niejakie Adamskie z Kamienicy pod Dobrzyniem, pracują z nim razem. Kolonia liczy zaledwie kilka chałup i nosi nazwę: Nucleo colonial da comendador Araujo.

Jedziemy dalej, spotykając gromadki emigrantów pracujących przy drodze. O ćwierć mili na południe las się kończy przy rozstajnych drogach. Na lewo, w stronę rzeki Y-guassu, odchodzi szlak do Sta Barbara; na prawo — gościniec do osady Niemców rosyjskich z guberni Samarskiej: Sta Kytheria. Wioska niemiecka na sposób europejski zabudowana w jedną ulicę; w ogrodach, na tyłach domów, zieleni się trochę żyta posianego na użytek własny: koloniści niemieccy w Paranie rolnikami nie są, trudniąc się prawie wyłącznie furmaństwem. Przyjechawszy tutaj z żyznych stepów nadwołżańskich, wybrali kolonie stepowe, stroniąc od ciężkiej pracy leśnej. Jałowa gleba kampu brazylijskiego zawiodła jednak ich oczekiwania, wielu powróciło do Europy, wielu z nędzy pomarło; większość przesiedliła się do Argentyny. Pozostali wzięli się do furmaństwa lub drobnego handlu. Wszyscy niemal woźnice bryk frachtowych, prywatnych powozów i dyliżansów są Niemcami rosyjskimi, znanymi tutaj na równi z Polakami z Królestwa pod nazwą Russos. Konkurencję niejaką robią im tylko zniemczeni przeważnie Mazurzy pruscy i Kaszubi.

Dalej, również na stepie, czerwienią się i bielą schludne domki włoskiej kolonii Sta Caecilia, stanowiącej swojego rodzaju curiosum. Znany we Włoszech agitator i pisarz socjalistyczny Giovanni Rossi193 zapragnął tutaj w praktyce zastosować swoje zasady, zakładając włoski „phalanster”194 socjalistyczny. Pobudowano ładne domki, zasadzono winnice: okazało się wszakże, iż osadnicy zmienili przekonania, skoro przyszło zasadę „la proprieté c’est le vol195 zastosować od siebie samych: na gminę pracować nie chcieli, wreszcie wymówili posłuszeństwo swemu przywódcy. Doszło do tego, iż Rossi zmuszonym się ujrzał wezwać opieki wojskowej przeciwko własnym towarzyszom. Kolonia upada coraz bardziej, a Włosi gdzie indziej się wynoszą.

Na lewo rozciąga się dalej las ku dolinie rzeki, w końcu spotykamy też pierwszych kolonistów polskich z S. Barbara, pomieszczonych w szałasach tymczasowych z liści bambusu i palmy, zanim rząd przyrzeczone domki prowizoryczne z tarcic podług przepisanej normy im wystawi.

Dalej nieco, na wzgórzu, domki kilku kolonistów hiszpańskich. Nawiasem wspomnę, iż we drzwiach jednego z nich powitało nas urocze zjawisko dziewczęcia, podlotka rzadkiej zaiste piękności, przypominającego madonny Murilla196.

Jeden z domków w S. Barbara zamieniono na kancelarię dyrektora Grillo. Zostawiamy tutaj powóz i pieszo puszczamy się po świeżo wyciętych drogach i ścieżkach w głąb lasu. Wkrótce tracimy z oczu rozległą panoramę, wchodząc w gąszcze, których przed kilku miesiącami jeszcze noga ludzka nie tknęła, ginące dzisiaj pod ciosami toporów polskiego pioniera. Łaźniewski, po raz pierwszy znajdujący się w podzwrotnikowym lesie dziewiczym, co chwila nastawia swój aparat fotograficzny, aby olśniewające ogromem i pięknością obrazy dzikiej przyrody zachować. Na nieszczęście, nie wszystkie klisze się udały, a nadto fotografia, nieoddająca gry barw i odcieni przeróżnej zieloności, nie jest w stanie odtworzyć potężnego wrażenia, jakie puszcza podobna wywiera na widza. Ołówek dobrego rysownika większe w tym razie oddać mógłby usługi.

Ktokolwiek widział u nas araukarie w cieplarniach, w naturze nigdy by ich nie poznał. Dziwne to drzewo, najstarsze z drzew szpilkowych na ziemi, posiada w starości wiele cech zbliżających je do palm. Za młodu ma kształt świerka lub jodły, igły płaskie i krótkie, trójkątne niemal, pokrywają całą długość gałęzi, odchodzących prawidłowymi pierścieniami od pnia głównego i posiadających wielką ilość gałązek bocznych. W późniejszym wieku gałęzie dolne opadają stopniowo, pozostawiając na pniu głęboki odcisk w kształcie obrączki, nieznikający nigdy, tak samo jak to ma miejsce u palm; gałęzie szczytowe tworzą kształt szerokiego grzyba, jak u sosny włoskiej (Pinus maritima), lecz pomimo znacznej swej długości nie posiadają wcale odnóg bocznych, są zupełnie nagie i tylko na końcu samym sterczy gruby pęk długich, ciemnozielonych, cienkich szpilek. W wieku jeszcze późniejszym gałęzie, tworzące koronę pojedynczą, zaginają się do góry, a szczyt drzewa staje się zupełnie płaski. Całość wówczas robi wrażenie olbrzymiej jakiejś łodygi kwitnącego kopru czy marchwi. Po uschnięciu drzewa opada ostatnia korona ze szczytu i pozostaje już tylko obrączkowany słup, z daleka nieróżniący się od takichże uschłych pni palmowych. Araukarie w S. Barbara dochodzą półtora metra średnicy i 40 metrów wysokości i stanowią najpospolitszy gatunek drzewa. Obok nich istnieje drzewo żelazne (imbuya), dalej canela, czyli drzewo cynamonowe, zwane tak od cynamonowej barwy swego rdzenia, ficus jakiś, drzewiaste paprocie i kępiasty bambus, tworzący gąszcze nieprzebyte. Palm niewiele i wszystkie zdają się należeć do jednego gatunku (Oreodoxa sp.). Ze wszystkich drzew starych, zwłaszcza canelas i imbuyas, zwieszają się długie szarawe festony brody Absalona (Tillandsia usnoides). Na araukariach tylko jej nie ma.

Wśród tej puszczy rozlega się wszędzie odgłos polskich siekier, dymią świeżo wypalone poręby, widnieją co paręset kroków schludne, z desek sklecone domki; na wyrobionych z mozołem kawałkach roli wśród olbrzymich pni zwęglonych zieleni się młode żyto i kartofle; gdzieniegdzie widać ogródek warzywny, a pozostawione wśród poręby białe drzewka hervy mate mają pozór sadzonego ogródka. Szerokie gościńce, nad którymi pracują emigranci, przecinają całe terytorium kolonii, przechodząc przez wszystkie działki. Grunt, spod lasu wyrobiony, nadzwyczaj żyzny, jest ciężką, czerwoną gliną. Kolonia liczy około 150 rodzin polskich, 40 włoskich i 6 hiszpańskich. Inwentarza żywego nikt jeszcze nie posiada, z wyjątkiem trochę kur, wieprzy i gdzieniegdzie krowy mlecznej — ale też należy pamiętać i o tym, że jeszcze w grudniu zeszłego roku na miejscu tym był jednolity, nieprzebyty bór dziewiczy.

Manipulacja kolonizacyjna, wspólna dla wszystkich kolonii nad Y-guassu jest następująca: kolonista otrzymuje 20–25 hektarów gruntu, położonego przy ścieżce, którą sami osadnicy mają w przeciągu kilku miesięcy na drogę kołową przerobić. Ścieżki te, czyli picadas, tworzą linie możliwie proste lub przecinające się pod prostymi kątami. Działka pojedyncza posiada zwykle od drogi 200 metrów frontu, w głąb zaś obok 1000 metrów. Droga przechodzi przez środek działki, czyli lote.