Plemiona Tupi nie są koczownicze, posiadają bowiem, tak samo jak Guarani, wśród lasów swoje osady, złożone z wielkiego szałasu, w których się mieści razem całe pokolenie i gdzie sadzą trochę manioku.
Do osad tych trafić niełatwo, wszystkie bowiem ścieżki do nich prowadzące są bardzo umiejętnie zamaskowane i całkowicie niedostrzegalne dla obcych. Nadto na ścieżkach tych pełno pułapek, w które wpaść każdy nieuprzedzony musi.
W najgęstszym lesie Indianin porusza się ze swobodą leśnego zwierza, gdy biały ani kroku naprzód bez pomocy kordelasa231 nie zrobi; ciemna ich barwa chroni przed okiem wroga.
Indianin w lesie jest panem — jeśli wszakże uda się prześladowcom wyprzeć ich na otwartą polanę, tracą całkowicie pewność siebie, jak zwierz w klatce, i wówczas jeden strzelec może wymordować całą gromadę jednego po drugim, bez oporu lub usiłowania ucieczki z ich strony. Wiedzą o tym dobrze bugreros i korzystają niejednokrotnie z tej bezradności dzikich na otwartym polu. Indianie żywią się produktami myślistwa i owocami araukarii. Niekiedy przedsiębiorą wyprawy wojenne na osady białych, a wówczas starają się uprowadzić jak najwięcej bydła. O ludożerstwie pomiędzy nimi nie zdarzyło mi się słyszeć wiarogodnych danych. Broni zatrutej nie używają w walce.
*
24 września opuszczam Paranagua na parowcu „Rio Negro”, najmniejszym, najbrudniejszym i najpowolniejszym ze statków brazylijskiego Lloyda, a tak niemiłosiernie trzęsącym, że wcale pisać nie mogę w salonie. Zaznaczam przy sposobności, iż tym samym statkiem przybyła do Paranagua ostatnia już partia Polaków z Pinheiro, a jednocześnie z nimi kilkanaście rodzin z Opoczyńskiego, które przybyły na koszt własny, płacąc po 240 rubli od rodziny. Namówił ich do wyjazdu jeden z powróconych przez ks. Chełmickiego emigrantów.
Wybrzeże lądu posiada wciąż ten sam charakter, co na przestrzeni od Bahia dotąd: wysokie góry granitowe, dochodzące częstokroć do samego morza, do szczytów gęstym lasem podzwrotnikowym porosłe. Ryzoforowe bagna kończą się na południe od Paranagua.
Nazajutrz z rana zawijamy do przystani w Sao Francisco. Niemieckie, dość schludne miasteczko, z panującą nad nim białą wieżycą kościoła, przykrytą półkulistą kopułą, leży na brzegu niewielkiej zatoki, okolonej zewsząd zielonymi górami. Dzikie wycie dwóch parowców, przybijających jednocześnie, rozlega się donośnym echem pomiędzy skałami; w pobliżu okrętu igra stado wielkich, białych delfinów.
Stoimy krótko, dla wysadzenia kilkunastu Niemców, udających się do Joinville.
Po kilku godzinach jazdy stajemy wieczorem w Itajahy, drugim portowym miasteczku, położonym na płaskim, piaszczystym wybrzeżu.