Wejścia do obszernej i spokojnej przystani broni długa i prosta ławica piaszczysta, bardzo niebezpieczna dla żeglugi, którą tylko statki bardzo płytko w wodzie zanurzone i posiadające bardzo silną maszynę w czas cokolwiek niespokojny przebywać mogą. „Rio Negro” do liczby tych niewielu należy, co nie jest drobnostką dla wysiadających tutaj pasażerów, na otwartym bowiem morzu fala jest z powodu sąsiedztwa rafy zawsze bardzo silna, a wskakiwanie w warunkach podobnych do łódki wymaga prawdziwie akrobatycznych zdolności.
O północy tego samego dnia osiadamy na mieliźnie przy wejściu do kanału dzielącego wyspę Desterro (Wygnanie) od stałego lądu. Dopiero nad ranem możemy ruszyć dalej. O godzinie szóstej, gdy mgła się podniosła, prześliczna odkrywa się przed oczami naszymi panorama. Powierzchnia kanału, zamkniętego wąskimi cieśninami od północy i południa, gładka jak lustro, w którym się odbijają ostro kontury statków stojących na kotwicy; na prawo — dziki krajobraz górski, poszarpane szczyty granitowe, czarne, ponure, ginące w chmurach, przysłonięte lekką mgłą białych obłoczków, przesuwających się po stokach lub wznoszących pionowo jak dymy kominów z głębi lesistych wąwozów. Na lewo — również górzysta, lecz ludna wyspa, usiana mnóstwem domków wiejskich, grupami kokosów, bananów, jasnozielonymi płatami plantacji trzciny cukrowej, a brzegi najeżone nagimi, czarnymi skałami granitu.
Wprost nas, na północnym cyplu wyspy, wznosi się nad zatoką półkolistym amfiteatrem spore miasto o południowej architekturze, z wieżycami kościołów o okrągłych kopułach, bielejącymi w słońcu, ocienione palmami. Nad miastem od północy panuje złowieszcze memento232: bardzo ładny, ale też i bardzo zapełniony cmentarz, ocieniony szpalerem palm i cyprysów. Cmentarz ten, na kilkunastotysięczne miasto stanowczo za wielki, jest wskazówką niezdrowego klimatu. Sta Catharina v. Desterro jest dotychczas jeszcze miejscem wygnania dla politycznych przestępców.
W mieście mieszka kilkuset Polaków, wyłącznie rzemieślników. Wszyscy znaleźli dość korzystne zatrudnienie.
Brzeg stałego lądu od razu wznosi się bardzo stromo, tylko w północnej części cieśniny oddzielającej wyspę istnieje przestrzeń dostępniejsza; od połowy długości kanału ku południowi ciągnie się dzika, leśna, skalista i niedostępna okolica, prawie wcale niezamieszkała, aż do ujścia rzeki Tubarao przy miasteczku Laguna, gdzie znowu spotykamy nowe kolonie polskie, ogółem około 1000 ludzi liczące: Cocal, Cresciuma, N. Orleans. Wszystkie trzy leżą w gorącym pasie pomorskim, w pobliżu lokalnej linii kolejowej.
Z miejscowości tej dochodzą wciąż wiadomości o buntach emigrantów z powodu braku żywności i nieregularnych wypłat za robociznę rządową. Dzienniki prowincjonalne karcą ostro postępowanie rządu, który zamiast żywności i pieniędzy posyła na uśmierzenie kolonistów bagnety i batogi. Świeżo właśnie przed moim przybyciem oddział wojska, wysłany na poskromienie buntowników, odmówił posłuszeństwa, a oficerowie, oburzeni narzuconym sobie rzemiosłem katów morzonej głodem ludności, po powrocie do Desterro przyczynili się najbardziej do poruszenia opinii publicznej na korzyść emigrantów.
Region górzysty i leśny ciągnie się bez przerwy aż do szerokości Porto Allegre w prowincji Rio Grande do Sul, mniej więcej do linii kolei łączącej Porto Allegre i Uruguayana. Kolonie rolnicze w okolicy Porto Allegre leżą wszystkie wśród gór i lasów.
Nazajutrz po odjeździe z Desterro na próżno szukam gór, do których od chwili ujrzenia lądu brazylijskiego oko moje przywykło: płaski jak stół step zielony rozściela się na widnokręgu, gdzieniegdzie tylko szczupłą kępą drzew urozmaicony.
Jesteśmy już w prowincji Rio Grande do Sul, posiadającej cechy argentyńskich pampasów. Olbrzymia ława piasku ciągnie się od północnych granic prowincji aż do miasta Rio Grande, oddzielając od morza obszerny liman233 — Lagoa dos Patos, do którego wpada od północy rzeka Rio Grande. Liman ten dostępny jest, i to z trudnością, jedynie od południa, toteż statki idące z Rio Janeiro do Porto Allegre i Pelotas muszą dwa dni drogi nakładać, nie mając bezpośredniego dostępu od strony oceanu, lecz zmuszone całą dobę płynąć limanem. Przed ławą, zamykającą wejście do limanu, stajemy w nocy dnia 27 września, podziwiając nadzwyczaj silną fosforescencję morza. Za statkiem świeci szeroka mlecznobiała smuga, grzbiety fal migają jak błędne ogniki; stado ryb, uciekające przed statkiem, wygląda jak pęk rakiet w wodzie puszczonych, a mlecznobiała, świecąca smuga, pryskająca snopami iskier, znaczy linię rafy, zamykającej nam wejście do portu. Nad ranem przebywamy szczęśliwie ławicę, pozostawiając na prawo małe miasteczko, do połowy zasypane przez lotne piaski — miasto dawniejsze, przeniesione później na ląd stały — i stajemy w przystani Rio Grande do Sul. Przystań, dla wiatrów zewsząd otwarta, należy do najgorszych, zwłaszcza iż morze w tych szerokościach rzadko bywa spokojne. Doświadczamy tego, przebywając łodzią krótką przestrzeń dzielącą nas od brzegu. Miasto, liczące około 10 000 mieszkańców, jest czysto portugalskie, nie tylko pod względem języka, lecz typu mieszkańców, architektury domów i gmachów publicznych, widocznie kopiowanych z Lizbony. Tylko malownicze położenie Lizbony naśladować się nie dało. Miasto leży na zupełnej płaszczyźnie, wśród słonych bagien nadmorskich, a dalsze ulice i place, nawet pomimo panującej od dość długiego czasu suszy, są trudne do przebycia z powodu olbrzymich kałuż i grząskiego błota. Roślinność drzewna, nadzwyczaj uboga i z wielkim wychowana mozołem, składa się z eukaliptów, skarłowaciałej włoskiej sosny, wierzby amerykańskiej, mimozy, cyprysów, brzoskwiń i kilku palm; dalej trochę kaktusów, agawy i wina. W środku miasta leży dość ładny skwer, z brzydkim obeliskiem w środku, będącym nieudolnym naśladowaniem pomnika niepodległości w Buenos Aires; u góry postać republiki we frygijskiej czapce234, u dołu napis: „19 de Mayo, 18 de Setembro 1889”; niżej: „libertade, egalidade, fraternidade, humanidade”235. Na przekór portugalskiemu wyglądowi miasta słyszy się nieustannie język hiszpański, a sympatie ludności wcale niedwuznacznie ku południowi się zwracają.
Murzynów wszędzie pełno. Dziwne to robi wrażenie po dwumiesięcznym pobycie w czysto europejskich koloniach. Na jednym z pustych, pełnych kałuż placów miejskich gromada czarnych praczek suszy bieliznę wypraną na ziemi, dając wymowny dowód, jak mały jest ruch w tej okolicy. Uderza jeszcze u ludności pewien szczegół, nieznany gdzie indziej, a tym jest zamiłowanie u rybaków do czerwonego koloru: ubierają się wszyscy niemal w grube kurty i długie portugalskie kołpaki jaskrawopąsowej barwy.