Na targowisku miejskim, wśród stosów pomarańcz przechadza się z powagą oswojony struś (Rhea americana)236, ulubieniec czarnych przekupek i targowej publiczności.
Przyzwyczaiwszy się szukać wszędzie wychodźców polskich, udaję się i tutaj do hotelu emigracyjnego: w brudnej izbie wszakże tym mianem ochrzczonej zastaję samych Włochów i Hiszpanów. Polaków wysyłają do Porto Allegre i Pelotas lub też na granicę urugwajską, w góry Serra do Herval.
Wiadomości, jakie od uciekających z Porto Allegre („Porta Grela” u Polaków) wychodźców dochodzą, są w ogóle niepomyślne, choć w znacznej mierze przesadzone, o ile dotyczą nie pełnego rozpaczy położenia w barakach emigranckich, lecz stanu samychże kolonii.
Tak samo, jak w okolicy Curitiby i Sao Bento, istnieją tutaj pośród licznych i pomyślnie rozwijających się osad niemieckich i włoskich także kolonie polskie dawniejsze, datujące z okresu przed gorączkową brazylijską emigracją, których stan w ogóle jest pomyślny. Nowi emigranci znaleźli się tutaj w tym samym położeniu, co w S. Catharina, tj. zastali najlepsze, najbliżej miasta i kolei położone miejscowości zajęte przez kolonie niemieckie i zostali przeważnie wysiedleni w głąb gór, ku północy, w stronę granicy stanu Parana, Misji argentyjskich237 i Paragwaju. Tą też drogą niektóre rodziny do tej ostatniej republiki na kolonie rządowe się dostały.
O stanie wychodźstwa polskiego w prowincji Rio Grande do Sul posiadamy wiadomości bardzo w ogóle szczupłe. Wiadomo tylko, że Porto Allegre było miejscowością dlań fatalną, prawdziwym cmentarzyskiem polskim, gdzie dzieci zwłaszcza wymierały gromadnie. Ci, co wytrzymali piekło domów emigracyjnych i dostali się wreszcie na kolonie, mają się nieźle, jak wnosić można z listu p. Mirosława Busse z dnia 1 grudnia 1892, ogłoszonego w 9 numerze „Gazety polskiej w Brazylii”, nieodznaczającej się bynajmniej optymizmem w ocenie stosunków brazylijskiej emigracji. W korespondencji tej, pisanej z Caxias (na północ od Porto Allegre), jednej z kresowych kolonii górskich, czytamy pomiędzy innymi co następuje: „Kolonie włoskie, których tu jest mnóstwo, i coraz nowi przybywają, mają się dobrze. Co do Polaków, to mogę zapewnić, iż nie ma tu ani jednego kolonisty, który by musiał fiżonem (czarny szablak) się żywić, każdy ma już swoją mąkę i swoją słoninę, a prawie każdy konia i krowę. Wielu też już nie chodzi na drogi wcale pracować, choć ich płacą po 1500 reis dziennie, a na akord do 3000 reis zarobić mogą”.
Następuje użalanie się na nieustanne burdy polityczne, których prowincja jest widownią, oraz na brak księdza polskiego, bo do „italiańskiego kościoła nasi chodzić nie chcą, powiadając, że to nie katolicy, ale masony!”
Nie mogąc osobiście zwiedzić rozrzuconych po całym obszarze ogromnej prowincji kolonii, udałem się z prośbą o szczegółowy o ile można obraz wychodźstwa polskiego tutejszego do p. Klemensa Wallana, delegata Towarzystwa św. Rafała w Porto Allegre, do którego miałem list polecający od generalnego sekretarza towarzystwa, członka pruskiej izby panów, p. Cahenzli. List p. Wallan podaję bez komentarzy w dosłownym przekładzie, dodając tylko, iż wiadomości otrzymane w konsulacie rosyjskim w Buenos Aires od ministra pełnomocnego Rosji, p. Bogdanowa, zgadzają się z informacjami w liście tym zawartymi.
Liczba wychodźców polskich w przeciągu ubiegłego i bieżącego roku przybyłych wynosi 12 500. Z tych około 1000 odesłano z powrotem do Rio Janeiro. Pozostałych wysłano na grunta rządowe dla nich przeznaczone, utworzywszy z nich 10 nowych osad polskich.
Tymi są: Mariano Pimentel, Barao de Triumpho i Feliciano w górach Serra do Herval, S. Marco, Antonio Prado i Alfredo Chaves w okręgu Canoes, Jaguary i Juhy w górach Serra do Sao Martinho, Sao Antonio da Patrulha i S. Angelo238. Nadto dawniej osiedleni są Polacy w koloniach: Silveira Martins koło Santa Maria i w koloniach u źródeł rzeki Rio dos Antes: Soledade, Dona Izabel, Conde d’Eu i Caxias.
U tutejszych fazendeiros nikt z wychodźców zajęcia nie znalazł, nie będąc zdatnym do robót wymaganych przy hodowli bydła na stepie; tak samo nie starali się oni wcale o zajęcie jako wyrobnicy lub służący w mieście. Wszyscy, którzy się zdecydowali poświęcić rolnictwu, zostali wysłani do kolonii, gdzie otrzymują 80 000 braças kwadratowych gruntu (1 braça² = 4,8 metra²), czyli około 40 hektarów, narzędzia, dom etc., z obowiązkiem spłacenia sumy 800 milreisów w przeciągu pięciu lat ratami. Grunta prywatne sprzedają się tu znacznie drożej: 800–4000 milreisów za kolonię 40 hektarową, przy tym z warunkiem zapłacenia zaliczki gotówką z góry. Grunta te dla niezamożnych kolonistów są niedostępne, ponieważ właściciele żadnej im zresztą nie udzielają pomocy. Wysoka cena jest skutkiem korzystniejszego położenia w bardziej dostępnych miejscowościach.