— A może fajeczkę?...
Pencroff podniósł się nagle i jego szeroka poczciwa twarz pobladła, gdy reporter podał mu nabitą fajkę, a Harbert — żarzący się węgielek.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wykrztusić ani słowa, tylko nagle pochwycił fajkę, włożył do ust, a potem, przytknąwszy do niej węgielek, zaciągnął się raz po raz, pięć czy sześć razy.
W powietrze uniósł się błękitnawy kłąb wonnego dymu, a ze środka tego obłoczka dobiegał drżący ze wzruszenia głos, który powtarzał:
— Tytoń! Prawdziwy tytoń!
— Tak jest, Pencroffie — odpowiedział Cyrus Smith — i to nawet doskonały tytoń!
— O Boska Opatrzności! Stwórco potężny wszystkich rzeczy! — zawołał marynarz. — Teraz już niczego nie brakuje na naszej wyspie!...
I palił, palił, palił!
— A kto dokonał tego odkrycia? — spytał wreszcie. — Pewnie ty, Harbercie?
— Nie, Pencroffie, to pan Spilett.