— Tu ich oczekuję.
W istocie w krótce spostrzegłem obudwu sekundantów Harry Drake’a, idących do nas. Doktór T... napuszył się. Zdawało mu się, że podrósł na dwadzieścia łokci, zapewnie dla tego, że był reprezentantem łotra. Jego towarzysz, inny współbiesiadnik Drake’a był to jeden z tych handlarzy filozofów, którzy zawsze i wszystkiem handlują, cokolwiek byś mu przedstawił do kupienia. Doktór T... rozpoczął rozmowę, zrobiwszy napuszony ukłon, na któren kapitan Coreican zaledwie się odkłonił.
— Panowie — rzekł doktór T... głosem uroczystym — nasz przyjaciel Drake, człowiek, którego zasługi wszyscy cenić mogą, przysłał nas do panów dla rozmówienia się w sprawie drażliwej. To znaczy, że kapitan Fabijan Mac Elwin, do którego tylko co chodziliśmy, wyznaczył panów obydwu „jako swoich przedstawicieli w tej sprawie”. Myślę więc, że porozumiemy się, jak przystało ludziom dobrze wychowanym mówiąc o rzeczy drażliwej naszego poselstwa.
Nie odpowiedzieliśmy nic tym osobistościom dozwalając im gmatwać się w swej „drażliwosci”.
— Panowie — rozpoczął na nowo — niezaprzeczenie cała wina jest ze strony kapitana Mac Elwina. Ten pan a nawet bez powodu, obraził godność Harry Drake’a w przedmiocie gry; później bez żadnej zaczepki, zrobił Drakowi największą zniewagę, jaka człowieka porządnego spotkać może...
Ta cała frazeologija słodziuchna zniecierpliwiła kapitana Corsicana, który przygryzał usta. Nie mógł dłużej wytrzymać.
— Przystąpmy do rzeczy — powiedział gwałtownie doktorowi T... który wszczął rozmowę. — Po co tak dużo mówić? Sprawa jest bardzo prosta. Kapitan Mac Elwin, podniósł rękę na pana Drake’a. Jest obrażony. Wymaga satysfakcyi. Ma wybór broni, cóż więcej?
— Czy kapitan Mac Elwin przystaje?... — zapytał doktór, zmięszany tonem Corsicana.
— Przystaje na wszystko.
— Nasz przyjaciel Harry Drake wybiera broń.