— Tak — rzekł drugi robotnik — ale to nic jeszcze. Gdybyście zobaczyli „Polskie żupy solne” (kopalnie soli w Wieliczce pod Krakowem), to dopiero godne podziwu i uwielbienia. Prawdziwe to miasto podziemne, z ulicami wyprowadzonemi pod sznur, olśniewającemi zawsze jednostajną białością i jasnością. Ludność promieniejąca zadowoleniem, tłoczy się w chwilach wypoczynku w rozmaitych kierunkach, jakby na wielkich placach i pokojach. Nakoniec, czy uwierzycie, że w kopalniach Wieliczki znajduje się jezioro, na którem w dnie uroczyste puszczają fajerwerki. Sklepienie nad jeziorem jest tak wysokie, że nawet najsilniejsze race nigdy nie dobiegły do jego szczytu.
Wówczas to było co widzieć, gdy ściany i kolumny wspaniałych sal lśniły się jak rubiny, szmaragdy, szafiry, gdy ogromną salę balową oświetlono sztucznemi ogniami i krociami różnokolorowych lamp, pająków i kandelabrów. Są to prawdziwe pałace zaczarowane, urzeczywistnione powieści o wróżkach i czarownicach.
— A to dla czegóż nie zostałeś w tamtej kopalni?
— Chciałem znowu ujrzeć swój kraj rodzinny. Zresztą powietrze, którem się tam oddycha, przesycone jest solą i mogłoby sprowadzić chorobę, która zabiłaby mnie jeszcze prędzej, niż pył i wyziewy węglowe.
— Ach! — rzekł ze smutkiem inny robotnik — czy w ten sposób, czy inny, zwolna, czy nagle, kopalnia zawsze musi przyśpieszyć śmierć kopaczowi.
— Tak, to prawie nieuchronne. I to, co powiadasz, przypomniało mi jedno zdarzenie, które wam opowiem.
Pracowałem wówczas w jednej z francuskich kopalń. Pewnego dnia zaczęliśmy łupać jakiś odłam skały, ale zaledwie ruszono go z miejsca, gdy spadł na nas cały pokład piasku, a z nim ciało młodzieńca, w świątecznem górniczem ubraniu. Tak był niezmieniony, rysy jego były tak nienaruszone, że zrazu sądzono go uśpionym. Na razie byliśmy ogromnie przestraszeni tem dziwnem zjawiskiem, ale wkrótce zrozumieliśmy, że mamy przed sobą ofiarę dawnego zasypu. Po odzieniu, które było na tym młodzieńcu, poznaliśmy, że musiał żyć co najmniej przed pół wiekiem. Wyciągnięto go z kopalni, mieszkańcy okoliczni zebrali się, nikt go jednak nie mógł poznać. Dopiero znalazłszy w jego kieszeni pudełeczko z damskiemi klejnotami, starsi ludzie zaczęli przypominać sobie historyę młodego górnika, który zginął bez śladu w wigilię imienin swojej matki.
Wtem ujrzano przeciskającą się przez tłum staruszkę przeszło dziewięćdziesięcioletnią. Doszedłszy do nas, padła na ciało młodego człowieka i z jękiem zawołała:
— Piotrze, mój dobry Piotrze! to ty zginąłeś tu, myśląc o twej biednej matce! Jakże się cieszę, że cię znów oglądam takim, jakim byłeś za życia na ziemi. Duch twój unosi się w niebieskich wyżynach, czeka na mnie... Boże, przyjmij nas do chwały swojej!
Tu głowa klęczącej staruszki zwisła nad umarłym, a gdy ją chciano podnieść, spostrzeżono, że już nie żyje.