Obecni w wielkiej ciszy wysłuchali całego opowiadania; po chwili odezwał się jeden z robotników:
— Gdy polegnie jeden, to jeszcze najmniejszy wypadek, ale my giniemy czasem po stu naraz. Oto co się przytrafiło w podmorskiej kopalni Warkington. Kilku robotników spostrzegło, że po ścianach sączy się woda. Przezorniejsi, a i ja byłem w ich liczbie, postanowili oddalić się, lecz większa część została. Tejże nocy morze zalało kopalnię.
Szczegóły tej strasznej klęski były i na zawsze pozostaną niewiadome. Nikt się nie ocalił, ktoby mógł to opowiedzieć; wszystkich pochłonął ocean, a nad milczącą paszczą studni odmówiono już tylko modlitwy za zmarłych.
Opowieści te, straszne, jak miejsca, w których je opowiadano, przerwane zostały hasłem powrotu do pracy.
Anna z umysłem, przepełnionym tem, co słyszała, była przejęta podwójną trwogą, ale jakkolwiek niespokojna i drżąca, pracowała usilnie, bez przestanku! Wreszcie nastąpiła pora ukończenia dziennej roboty, i wyszedłszy z kopalni, znowu ujrzała światło dzienne.
O, jakże jej wszystko zdało się pięknem!
Powietrze, światło, ptaki, drzewa, kwiaty, wszystko zdawało jej się godnem zachwytu i podziwienia.
Przybiegłszy do domu, szybko umyła twarz, ręce i rzuciła się w objęcia ojca i siostry, wołając:
— Otóż jestem z powrotem! Znowu was widzę i mogę uściskać!
Przepędziwszy dzień, tak ciężki, wśród ludzi, których obejście, zwyczaje i mowa były jej obce zupełnie, o ileż własna rodzina stała się jej milszą i droższą. Zdawało jej się, że nie może się nią dość nacieszyć, napatrzeć i narozmawiać.