Anna ocknęła się, wzruszona serdecznością Franciszka.

Kiedy przed udaniem się do kopalni zobaczyła się z panią Łucyą, zapytała o robotnika Franciszka.

— Nie uwierzysz, pani, — mówiła — jak do­brym jest dla mnie. Kiedym w pierwszych chwilach ulegała trudnemu do pokonania przestrachowi, zawsze znajdywałam go tuż przy sobie, z pociechą i po­krzepieniem. Czy dawno już znasz go pani?

— Nie, moje dziecko — odrzekła Łucya — przy­był tu niedawno, a my nie mamy zwyczaju wypyty­wać się nowych towarzyszy pracy, zkąd przychodzą. Zdaje mi się być roztropnym i poczciwym, to też go szanują, choć niektórzy go nie lubią, bo jest w nim coś takiego, co odstręcza od większej poufałości. Ja tam na to nie zważam!... Jestem przekonaną, że jest dobrym robotnikiem i poczciwym człowiekiem i dość mi na tem.

Rozdział III

Drugiego dnia przy zejściu do kopalni Anna znowu przechodziła wszystkie te wrażenia, jakich do­znawała po raz pierwszy. Nie były one jednak tak silne, jak poprzednio, i w końcu oswoiła się zupełnie z niebezpieczeństwami pracy w kopalni.

Gdy po upływie dwóch tygodni otrzymała zapłatę, wyrównywającą naszym sześciu rublom, wyszedłszy z kopalni i czując w dłoni pieniądze, aż podskoczyła z radości.

Ojciec zyskał pomoc, brak wygód nie będzie mu już tak dokuczał, jak poprzednio... O, jakże poczciwa ta córka była szczęśliwą!

Praca jednak wśród pyłu węglanego bardzo niekorzystnie wpłynęła na cerę Anny była jakby zabrudzona, miałkie, zaledwie dostrzegalne cząsteczki węgla wgryzły się w jej twarz, ozdobioną zarumienionemi policzkami.

Pierwsza to zauważyła jej starsza siostra Marya, a przekonawszy się, że te ciemne plamki z wielkim trudem zaledwie odmyć można było, rzekła do niej: