Anna tych szyderstw, chichotków i pogróżek słuchała w milczeniu i krzątała się z większą jeszcze, niż kiedykolwiek pilnością.
Łzy wprawdzie cisnęły się jej do oczu, lecz je siłą stłumiła.
Gdy nadeszła godzina południowa, Anna usiadła na boku, w pobliżu zaś od niej spoczywała gromadka robotników, a pomiędzy nimi Franciszek.
— To rzecz niesłychana! — mówił jeden z nich. — Tyle naszych dzieci przechodziło przez kopalnię, a żadnemu z nich nie przyszło do głowy brać kaptur lub zasłonę. Czy to jaka księżniczka, czy co? A wreszcie, choćby nią i była, to niech się nie wyróżnia i czernieje, tak, jak i my wszyscy. Kiedy my czarni, dlaczegóż ona jedna ma pozostać białą? Mojem zdaniem, albo wszyscy powinniśmy chodzić w kapturach, albo nikt, a że nie każdy posiada odpowiednie fundusze na sprawienie go sobie, więc radzę zedrzeć Annie kaptur z głowy i spalić go...
Anna z krzykiem przeraźliwym zerwała się i pobiegła w głąb kurytarza.
Robotnicy roześmieli się, dzieci rzuciły za nią kawałkami węgli, jeden tylko mąż Łucyi i Franciszek zachowali poważne milczenie.
— Źle, bracia, mówicie! — rzekł po chwili Franciszek — Anna godna naszej opieki i szacunku, bo niczem nie zasłużyła na prześladowanie.
— Milcz, młodzieńcze! — zawołało kilka głosów. — Jesteś tu świeżym, jak i ona, przybyszem, więc powinieneś szanować obyczaje, które tu zastałeś. Jakób ma słuszność, trzeba zedrzeć z niej kaptur i spalić go!
— Tak, tak, spalić, spalić! — wrzasnęła gromada.
I wśród hałasu wszyscy zerwali się na równe nogi.