— Sądzę, że tym razem go ujrzymy — powiedział brat Sam.
— I ja jestem tego pewny — dodał brat Sib.
— Zamilczcie, moi wujowie! — zawołała miss Campbell.
Zamilkli, powstrzymując nawet oddech, jak gdyby w obawie, żeby własny ich oddech nie zasłonił słońca.
Promienna gwiazda coraz bardziej się zniżała.
Wszyscy patrzyli, nie śmiejąc oddychać.
Na koniec już się utworzył rodzaj obrąbka słonecznego, słońce zbliżyło się tak do powierzchni morza, że zdawało się, iż tonie w nim.
Nagle tuż między przybrzeżnymi skałami rozległy się strzały, ponad szczyty wzniósł się dym. Powietrze, a raczej wietrzyk pochwycił go i popchnął dalej.
Zmienił się na koniec w lekką, ale czarną chmurę zasłaniającą słońce i tym sposobem dla widzów znikły promienie, jakie wysyłało.
W tej chwili na szczycie urwiska, z dymiącą bronią w dłoni, pojawił się nieuchronny Arystobul Ursiclos.