Postanowiono zatem, że majtkowie zniosą z pokładu to, co było potrzebne dla pozostających na wyspie. Tym sposobem Clam Shell przekształcono w dość wygodny Melvill House. Było tu dużo wygodniej niż w oberży na Ionie. Kucharz oświadczył, że znajdzie sobie odpowiednie pomieszczenie w celu pełnienia swoich obowiązków.
Następnie, otrzymawszy od kapitana małą łódkę do swej dyspozycji, wszyscy opuścili statek.
Po odjeździe kapitana całe towarzystwo gotowało się do dalszej wycieczki.
Opuścili tedy grotę Clam Shell i udali się ścieżką prowadzącą ku północnej stronie wysepki. Skały, po których się wdzierali, przypominały bardzo wygodne i mocne schody, jakby naturalnie wyrobione w pokładach granitu. Spacer ten niezmiernie był przyjemny, podróżni mieli przed sobą cudowny krajobraz i wielki płat wody niby odłam morza, którego powierzchnia błyszczała z dala wszystkimi kolorami tęczy.
Przybywszy na sam kraniec wyspy, Olivier Sinclair nagle ukazał miss Campbell po lewej ręce pewien rodzaj niewielkiego przejścia lub raczej pewien rodzaj naturalnej ławeczki, która ciągnęła się aż do otworów groty. Rodzaj schodów i pryczy utworzonej z sąsiadujących ścian skały wybornie służył do bezpiecznego przejścia.
— Ach, te schody — odezwała się miss Campbell — psują mi nieco efekt pałacu sławnego Fingala.
— Bo też rzeczywiście są wykonane ludzką ręką.
— Jeżeli jednak są użyteczne... — wtrącił brat Sib.
— Przecież możemy po nich wchodzić bardzo wygodnie — dodał brat Sam.
Po dostaniu się do groty podróżni zatrzymali się, by zaciągnąć rady przewodnika.