Ale miss Campbell rezolutnie przerwała tę chwalbę samego siebie, odwróciła się w przeciwną stronę, żeby nie słyszeć, potem nagle spojrzała na szczyty zamku Dunollie i poczęła oglądać końce swych trzewików, co było jawną oznaką zupełnego lekceważenia dla mówiącego.

Arystobul Ursiclos, który nie słuchał i nie widział, tylko siebie, który mówił zawsze tylko dla siebie, nie zwrócił uwagi na tak wyraźną oznakę niechęci.

Tak minął 3, 4, 5 i 6 sierpnia. Podczas tego na wielką pociechę braci Melvill wskazówka barometru poruszyła się cokolwiek w stronę „odmiana”.

Dzień zapowiadał się pod szczęśliwą wróżbą. O godzinie dziesiątej rano słońce jaśniało w całym blasku, a niebo było czyste, bez chmury.

Miss Campbell nie chciała opuścić tak przyjaznej pory. Powóz w hotelu Caledonia zawsze był do dyspozycji gości. Należało korzystać.

Otóż o godzinie piątej po południu miss Campbell i bracia Melvill zajęli miejsce w powozie kierowanym przez forysia wprawnego do jazdy czterema końmi. Partridge siadł z tyłu i czwórka popędziła galopem po drodze z Oban do Clachan.

Arystobul Ursiclos, na nieszczęście zajęty będąc jakimś ważnym pamiętnikiem naukowym, nie przyjął udziału w wyprawie.

Wycieczka była urocza. Powóz toczył się wzdłuż brzegu, po drodze oddzielającej Kerrerę od Szkocji. Wyspa ta, z natury wulkaniczna, była nadzwyczaj malownicza, ale nie podobała się miss Campbell, gdyż zasłaniała horyzont morza. Ponieważ zaś do przebycia mieli tylko cztery i pół mili, chętnie przyglądała się jej zarysowi na tle nieba i ruinom zamku zdobiącego jej szczyty od południa.

— Była to niegdyś siedziba MacDougallów z Lorn — odezwał się brat Sam.

— A dla naszej rodziny — dodał Sib — zamek ten ma znaczenie historyczne, ponieważ Campbellowie go zburzyli, spalili i wycięli w pień mieszkańców.