Partridge w zapale przyklasnął czynowi swych panów.
Kiedy minęli Kerrerę, powóz wjechał na wąską drożynę, prowadzącą do wioseczki Clachan. Tu wąski przesmyk łączy wyspę Seil ze stałym lądem. W pół godziny później nasi podróżnicy, pozostawiwszy powóz w wąwozie, oddalili się na pagórek i zasiedli na szczycie niewielkiej skały.
Tym razem nic nie zasłaniało widoku naszym turystom zwróconym ku zachodowi, ani wyspa Easdale, ani Inisch znajdująca się blisko wyspy Seil. Pomiędzy Ardanalish na wyspie Mull, jedną z największych wśród Hebrydów, na północnym zachodzie, a wyspą Colonsay, na wschodzie, wyłaniała się wielka przestrzeń morza, nad którą zniżała się wielka tarcza słońca.
Miss Campbell, ciągle pogrążona w myślach, siedziała cokolwiek na przodzie. Kilka ptaków drapieżnych, a między nimi orły i sokoły, zamiłowane w samotności, unosiło się nad dens, pewnego rodzaju dolinami wydrążonymi w parowach skał.
Astronomicznie słońce w tej części roku i pod tą szerokością powinno było zachodzić o godzinie siódmej minut pięćdziesiąt cztery, dokładnie w kierunku przylądka Ardanalish.
Lecz po upływie dwóch tygodni nie podobna będzie widzieć je znikające za linią morza, ponieważ bryła wyspy Colonsay zakryje je przed wzrokiem.
Tego wieczoru zatem pora do obserwacji była wyborna.
Właśnie w tej chwili słońce skierowało promienie ku lustrzanej powierzchni morza.
Z trudnością można było przypatrywać się jego tarczy zalanej jaskrawoczerwonym światłem.
Mimo to ani miss Campbell, ani wujowie Melvill nie zmrużyli oczu ani na chwilę.