— Ależ korzystaj pan, kiedy chcesz, przecież widzisz, że już chybiliśmy trzy bramki...
Rzeczywiście Arystobul był nadzwyczaj zdystansowany. Może z dziesięć razy usiłował trafić w środkową bramkę, ale nadaremnie. Jeszcze raz stanął w pozycji, podnosząc w górę młotek i pragnąc spróbować szczęścia.
Ale szczęście nie było mu wcale przychylne. Kula za każdym razem uderzała o żelazo i w ogóle nie mogła przedostać się przez otwór bramki.
Miss Campbell zupełnie słusznie mogła uskarżać się na swego partnera.
Grała bardzo dobrze, toteż wujowie nie omieszkali udzielać jej pochwał.
Wyglądała naprawdę czarująco, oddana całą duszą grze, która w pełni ukazywała naturalną zręczność jej ruchów; z nogą cokolwiek wysuniętą naprzód, aby tym sposobem tym silniej kierować toczeniem się kuli, cała jej postać zdradzała zaangażowanie, a na twarzy malowała się radość, jej uroczo zarysowana kibić obudzała ogólny zachwyt. Jednak Arystobul Ursiclos wcale na to nie zwracał uwagi.
Można powiedzieć, że gra doprowadziła młodego uczonego do wściekłości. Bracia Melvill mieli taką przewagę, że w żaden sposób niepodobna było im dorównać. Ale przy tym zwycięstwa krokieta są tak niespodziewane i nagłe, że nigdy nie można stanowczo określić, po której stronie będzie zwycięstwo.
Zatem na tak nierównych warunkach partię prowadzono dalej, gdy zaszedł zupełnie nieoczekiwany wypadek.
Oto Arystobul Ursiclos z nadmiaru zacietrzewienia się z całą siłą chciał uderzyć kulę żelazem, tymczasem zamiast w kulę, uderzył się w nogę.
Jakże okropnie krzyczał! Stojąc na jednej nodze, wydawał jęki bólu, co po części zamiast współczucia wywoływało uśmiech.