Olivier Sinclair bardzo naturalnie postanowił naszkicować monolit w swoim albumie, jakoż zasiadł zaraz do roboty, a wokół niego zgrupowało się całe towarzystwo.

Minęło kilka chwil, kiedy wszyscy dostrzegli, że w pewnym oddaleniu rysuje się postać jakiegoś człowieka, który z trudnością wdziera się na szczyty skał.

— Doskonale — odezwał się Olivier — cóż tu sprowadziło tego intruza? Gdyby przynajmniej włożył na siebie suknię mnicha, nie odcinałby się rażąco od krajobrazu, a nawet jako pedant umieściłbym go na moim szkicu.

— To zwykły podróżny, który przychodzi rozwiać nasze uroki, panie Sinclair — odrzekła miss Campbell.

— A czy czasem ten jegomość to nie Arystobul Ursiclos? — wykrzyknął brat Sam.

— To on, niewątpliwie — dodał brat Sib.

Rzeczywiście był to Arystobul Ursiclos. Dotarłszy do monolitu, zaczął uderzać w niego olbrzymim młotem.

Miss Campbell, niezmiernie rozgniewana tym dziwnym zachowaniem młodego genealoga, podeszła ku niemu.

— Co to pan robi? — spytała.

— Wszak widzi pani, miss Campbell — odpowiedział Arystobul Ursiclos, zamierzając się młotem — staram się odłamać kawał granitu z obelisku.