— A Tadek ma? To i ja chcę! — krzyczy Złośnicki coraz głośniej.
— Przede wszystkim nie krzycz — upomina mama.
— Chcę roweru! Chcę zaraz!!
Mama nie mówi już nic. Wychodzi z pokoju i drzwi zamyka. Pan Złośnicki rzuca się na ziemię, wali nogami w podłogę i krzyczy, krzyczy:
— Ja chceę roweeeeru!
— Hu, hu, hu! — zaśmiewa się Cudaczek pod kołnierzem chłopca. — Hu, hu! Jak wesoło!
Niewiele głośniejszy ten śmiech od komarowego brzęku, ale może dlatego, że tuż za uchem, usłyszał go Złośnicki. Zerwał się na równe nogi.
— Kto tu się śmieje?
Nie zobaczył Cudaczka. Przecież to licho małe jak igła. Ale za to zobaczył siebie w lustrze. Zobaczył okropnie śmieszne, czerwone, zabeczane straszydło.
I przeląkł się. Zakrył twarz rękami i uciekł.