List LXXVII
Sobota, jedenasta wieczór tego samego dnia 1774
Mój Boże, jak dobrze uczyniłeś, żeś nie przyszedł do Komedii. Nie mam słów na wyrażenie nudy, jakiej tam doznałam; to graniczyło niemal z uczuciem fizycznego bólu; było wręcz ponad moje siły spędzić wieczór z panią de Chatillon, której go przyrzekłam.
Czuję, że istnieje stopień nieszczęścia, który odejmuje siłę zniesienia nudy; straszne jest dla mnie zmusić się do biernego spokoju, aby słuchać trywialności, często oburzających, a prawie zawsze równie głupich jak niskich. Ohydna sztuka! Cóż za mieszczańska dusza, cóż za płaski i ograniczony umysł70! Jakaż ta publiczność gruba, gminna! Jakiż ten „wielki świat” głupi i bez smaku! Jakże mi żal nieszczęśliwych autorów, którzy by mieli zamiar zdobywać reputację przez teatr! Gdyby pan wiedział, jak ta głupia publiczność klaszcze! Molier nie mógłby marzyć o większym powodzeniu. Szlachectwo błyszczy jedynie w strojach i nazwiskach; panom dworskim i Henrykowi IV autor każe mówić tonem mieszczan z ul. St. Denis; prawda, iż ten sam ton mają u niego i chłopi. Słowem, utwór ten jest dla mnie arcydziełem złego smaku i płaskości, a ludzie, którzy mówią o nim pochlebnie, robią na mnie wrażenie lokai mówiących dobrze o swoich panach. Mój przyjacielu, jeżeli znowu będziesz przeciw mnie w sądzie o tej komedii, będzie mi bardzo przykro, ale nie ustąpię ni słowa. Dla mnie to jest zabójcze, a było nas w loży czworo przygniecionych tą samą nudą.
Otom się rozgadała; pomyślisz, że przylgnęło do mnie coś z tej nudy. Może też nie będę miała tego okrucieństwa, aby ci posyłać swój list, ale zdając ci sprawę ze spędzonego dnia, czuję po nim niejaką ulgę. Zaczęłam od tego, iż strułam się, jedząc na obiad baraninę, w której był czosnek; w następstwie nawiedziło mnie coś bardzo podobnego do gorączki.
Gdy mowa o gorączce, czy miał pan wiadomość o matce? Czy lepiej? A powrót ojca czy pewny? Jedynie to mogłoby mnie pocieszyć po zmartwieniu, iż opuściłeś moją dzielnicę. A ty, drogi przyjacielu, co robiłeś dzisiaj? Ani słóweczka z tego, co zamierzałeś, nieprawdaż? A jutro nie będziesz pracował i tak ciągle. Żywość umysłu, która czyni tysiąc projektów, a zarazem łatwość, która ustępuje pierwszemu pozorowi; żale, pragnienia, ciągły ruch, a nigdy spokoju: mój drogi, trzeba cię pokochać, nim się pozna ciebie, jak ja to uczyniłam; znając cię bowiem, wiązać z tobą swoje szczęście, znaczyłoby oddać się piekłu.
Podam ci cały rozkład mego dnia jutro, w niedzielę, iżbyś mógł oddać mi chwile, które ci będą najmniej nie na rękę: najpierw msza, potem wizyta u chorej aż do obiadu; obiad u pani de Chatillon; o piątej mam być w pałacu de la Rochefoucauld i wrócę dopiero o wpół do siódmej, po czym już nie wyjdę. Bywaj zdrów, drogi, kocham cię, ale czuję się zbyt smutna i zbyt otępiała, aby ci to wyrazić.
Mój przyjacielu, czy mogę, nie obrażając cię, prosić, abyś mi przyniósł któregoś dnia list X. do B.? Nie śmiem bowiem upominać się o stronice wydarte z moich listów. Moja wina, że to spostrzegłam i wspominając o tym, powoduję twoje oburzenie. Rezultat bardzo sprawiedliwy, toteż nie śmiem się nań użalać. Ha! jestem zbyt trudna, wymagająca, zbyt cierpka! Mam wszystkie wady nieszczęśliwej istoty, która kocha bez pamięci i która ma już tylko jedną myśl i jedno pragnienie. Bądź zdrów wreszcie.
List LXXVIII
Jedenasta wieczór