Przeczytałam twój bilecik, jest bardzo miły, bardzo uprzejmy: w rozmowie byłeś bardzo twardy, okrutny nawet; przybiłeś mnie. Nigdy, nie, nigdy dusza moja nie była równie zgnębiona, a ciało bardziej cierpiące. Postanowiłeś nie widzieć mnie już nigdy? Dobrze więc, po cóż zmieniać? Dawałeś mi siłę spełnienia swego zamiaru uczynienia zadość najżywszej potrzebie duszy; oboje doznalibyśmy ulgi, wyzwolenia, ja od ciężaru, który mnie przygniata, pan od widoku boleści, który cię często niecierpliwi, a cięży zawsze. Nie, nie będę ci dziękować; wolałabym twój pierwszy pęd od twojej refleksji. Czyniąc mi krzywdę, dawałeś mi siłę; pocieszając mnie, przychodząc mi z pomocą, powiedziałam ci to tysiąc razy, wstrzymujesz mnie, ale mnie nie wiążesz.
Ty to może dajesz mi uczuć głębiej, bardziej rozdzierająco stratę, którą poniosłam; nic nie kazałoby mi porównywać, zestawiać i ten mimowolny popęd wtrąca mnie czasami w rozpacz; w takim usposobieniu sama nie wiem, co mi jest straszliwsze, żale, czy wyrzuty. Ale co tobie to wszystko? Opera, rozrywki, wir świata porywają cię i to zupełnie słuszne; nie skarżę się, martwię się tylko.
Chciałabym wszelako, abyś zaszedł jutro przed wieczerzą, mógłbyś pomówić z panem d’Alembert i z poczciwym Condorcetem, a może z panem de Vaines; doniósł mi, że może przyjdzie. Spędziłam dziś wieczór z panem Turgot; już więcej niż pół roku nie miałam sposobności znaleźć się z nim sam na sam. Byłam martwa; toteż sądzę, będzie żałował czasu, który mi poświęcił. Dobranoc; jestem w ogniu, gorączka mnie trawi. Och! ta śmierć przychodzi zbyt wolno; pchałeś mnie ku niej dziś rano, czemu wstrzymujesz wieczór?
List LXXIX
Wtorek w południe, 1774
Nie powiedziałeś mi tego, nie pisałeś i udowodnię ci. Nadzieja widzenia cię wystarcza, aby wstrzymać i zmienić wszystkie moje plany; osądź tedy, czy mając pewność oglądania cię, mogłabym się wiązać? Ale ponieważ ty jesteś zależny od planów pani de M. nie możesz nigdy przewidzieć, ani powiedzieć z pewnością, co będziesz czynił. Nie ma w tym tak dalece nic złego; ot, trafia się czasem jakieś nieporozumienie, ale zachowujesz swobodę, a to najważniejsze.
Przykro mi, że nie dałeś się zabrać tam, gdzie wiedziałeś, że pani de M. ma wieczerzać: pan de Saint-Lambert szedł na plac Vendôme. Ale ty nigdy nie wiesz, czego chcesz, ani dokąd idziesz; zresztą mniejsza! Jeżeliś się dobrze bawił, jeżeliś z końcem dnia był rad i zadowolony, dobrześ uczynił, masz słuszność i twój sposób życia jest z pewnością dobry: nie zmieniaj tedy nic. Co do mnie, jestem smutna, przybita: chciałabym nie odmienić sposób czucia, ale przestać istnieć; chciałabym, aby się to stało w tym samym dniu i tej samej chwili, w której przestałam być kochaną. Mój Boże, co za strata! Dusza moja nie może się przyzwyczaić do tego straszliwego słowa nigdy; dotąd jeszcze przyprawia mnie ono o konwulsje. Wczoraj podczas czytania lękałam się, że będę zmuszona wyjść. Przypomniałam sobie, że za ostatnim takim czytaniem on był jego przedmiotem. Serce moje jakby rozpękło się na nowo, nie słyszałam już ani słowa i od tej pory istniałam jedynie tym okrutnym i słodkim wspomnieniem.
Drogi mój, czemu wydarłeś mnie śmierci? To jedyna myśl, która koi mą duszę, to jej najbardziej ustawiczna potrzeba i pragnienie. Bywaj zdrów, nie wiem, jak się będę miała, ale z wielkim swoim żalem będę zmuszona się powściągnąć. Czas, w którym się czuję najlepiej, to noc; oddaję się cała swoim ukochaniom.
Powiesz mi, jeżeli sam wiesz, co zamierzasz czynić tymi dniami; ale, przez litość, nie rób żadnych poświęceń, nie wartam ich, a potem jestem tak nieszczęśliwa. No, wytrzymałam długo kogoś, nie byłam sama.