Och! drogi mój, ten sposób czucia ma więcej uroku niżeli żar i wstrząśnienia namiętności; tak, mam wrażenie, że zaczynam się oddalać od tego; nie chcę już kochać mocno, będę kochała łagodnie, ale nigdy słabo, jak możesz sobie wyobrazić, skoro to ciebie kocham. Wróciłam o wpół do piątej, byłam sama do szóstej i czy wiesz, jak starałam się znieść moje oczekiwanie? Odczytując twoje listy od 1-go stycznia i porządkując je; słowem, nie widząc cię, byłam żywo, tkliwie zajęta tobą. Potem przyszło kilka osób, które poświęciły mi swój tłusty wtorek; były przesycone zabawami, chciały mieć przyjemność rozmowy, swobody, spoczynku i cieszyliśmy się tym wszystkim, jeszcze bowiem podtrzymywała mnie nadzieja ujrzenia cię: myślałam, że wpadniesz po Cyruliku. Och! kiedy usłyszałam, że bije dziewiąta, zmartwiałam nagle, a milczenie moje sprawiło, iż wszyscy opuścili mnie o wpół do dziesiątej. Ale szalona jestem, a raczej głupia, aby pana męczyć dniem, w którym nie zechciałeś uczestniczyć ani przez chwilę. Bądź zdrów, drogi, daj mi znać, co myślisz o czwartkowych projektach.
Sądzę, że nadto jesteś światowcem, aby ominąć dzisiejszy bal. Co do mnie, wolę raczej oddychać czystym i łagodnym powietrzem Tuillerii w porze, kiedy są prawie że puste. Och! bo też dusza moja daje mi jeszcze więcej strawy niż tobie cały twój rozum i talent. Ale bywaj zdrów.
Jutro mam mszę i panią Chatillon.
List CIII
Jedenasta wieczór, wtorek, 1775
Drogi mój, „przekleństwo dawniej sięga81”; przypominasz sobie te słowa: „To nie pani de M. należy Ci się obawiać, ale82...” i ton, jakim były powiedziane! i milczenie, które po nich nastąpiło, i niechęć do wyjaśnień, i opór! Mój Boże, czyż to nie nadto, aby wnieść zamęt i ból w duszę pełną udręki? Dodaj do tego wyraźną chęć opuszczenia mnie; i do kogo się tak spieszyłeś? Czy mogłam się uspokoić? Kochałam cię, cierpiałam i winiłam sama siebie. Byłam u twoich drzwi dziś rano, smutek był w mojej duszy; ujrzałam cię i uczucie słodyczy wplotło się w melancholię, która mnie przenikała.
A potem widziałam, że ty wkładasz jakąś zaciekłość w to, aby mnie pognębić; a potem uwierzyłam we wszystko, co mi dałeś do myślenia: słyszałam, jak nazwałeś... Wówczas to, co mi powiedziałeś, wydało mi się wstrętne i to ty byłeś przyczyną tego wrażenia; miałam uczucie, że cię krępuję, zatrzymuję, przymuszam, w duszy przechodziłam męki. Dobrze więc, miły mój! przepraszam, iż jeden raz podejrzewałam cię niesprawiedliwie; to nieufność właściwa nieszczęściu. Och! ileż razy mogłam się uskarżać! Ileż razy kryłam przed tobą łzy! Wiem aż nadto, że nie można wstrzymać ani ściągnąć z powrotem serca, które rwie się do innego przywiązania; powtarzam to sobie bez przerwy. Niekiedy zdaje mi się, że jestem uleczona: zjawiasz się i wszystko obraca się w niwecz. Refleksje, postanowienia, nieszczęście, wszystko traci siłę za pierwszym twoim słowem. Nie widzę już innego schronienia prócz śmierci i nigdy żaden nieszczęśliwy nie wzywał jej tak żarliwie.
Mój Boże, gotowa jestem polubić pana Marmontel, nie dlatego że mnie chwalił, ale że powiedział, że mam czułość dla pana. Ach, drogi mój, moim nieszczęściem jest to, że ty nie potrzebujesz, aby cię kochano tak, jak ją umiem kochać. Trzymam na uwięzi połowę duszy; jej żar, pęd stałby ci się udręką i zgasiłby cię do reszty. Ogień, który nie rozgrzewa, męczy. Gdybyś wiedział, gdybyś czytał, ile szczęścia dawałam duszy silnej i gorącej przez to, iż czuła się kochaną! Porównywał te, które go kochały niegdyś, te, które go jeszcze kochały, i powiadał bez ustanku: „Nie są godne być twymi uczennicami: duszę twoją wygrzało słońce Limy, moje zaś rodaczki wydają mi się zrodzone w lodach Laponii”. I to z Madrytu pisał mi te słowa, i nie aby mnie chwalić, ale aby się tym nacieszyć; i ja nie uważam tego za samochwalstwo, kiedy ci mówię, że kochając cię do szaleństwa, daję ci tylko to, czego nie jestem zdolna zdławić ani powściągnąć.
Przerwał mi w tej chwili list pana de Vaines. Zaniepokoił mnie; prosi, aby pan d’Alembert był u niego przed ósmą i przyniósł mu swoją pochwałę ks. de Saint-Pierre. Dodaje: to ważne. Umieram z obawy, aby nie zamącono spokoju mego przyjaciela. Byłabym w rozpaczy, rada bym dodać do swoich mąk wszystko to, co on ma wycierpieć.
Zawistnicy i świętoszki czuwają ciągle; chciałabym już doczekać jutra, a czuję, że nie zmrużę oka. Im bardziej odchodzę od własnego szczęścia, tym droższym mi jest szczęście przyjaciół. Nie mogę inaczej wyrazić mego przywiązania dla poczciwego Condorceta i dla pana d’Alembert, jak tylko mówiąc, iż utożsamili się ze mną; są mi potrzebni jak powietrze do oddychania; nie mącą mej duszy, ale ją wypełniają. Słowem, chciałabym doczekać się już jutra rana.