Ścigali, nawet nie dając pokoju

U stóp kochanki, przy brzęczącym zdroju,

W pasiece leśnej. A do niego ona,

Z oczu zdziwionych czyniąc słoneczniki,

Bo słońcem była zrennica zatlona,

A rzęsy pełne pereł, jak promyki

Świeciły wkoło; a głos z głębi łona

Wychodził cichy, lecz straszny i dziki —

„Co? rzekła, po toś przybył i mnie z domu

Kazał dziś witać siebie po kryjomu,