Pomnisz, żem wtenczas tak jak dziecko jękła,

Chwytałam się szat twoich — drzew i kłosów,

Myślałam, że już ginę z światłem, z echem,

I że westchnienie śmierci — jest uśmiechem.

Kiedy to piszę, słońce wschodzi z wieńcem

Chmur i tak wstydzi mnie, że nie wiem czemu,

Cała się zlałam łzami i rumieńcem —

Ty wiesz, ja zawsze kwiatowi białemu

Podobna, póki mi był oblubieńcem

Chrystus. — Uśmiechnij się słońcu złotemu,