Wokoło stoły z marmuru, bursztynu;

A z ram złoconych niejedna twarz blada,

Której wiekami ściemniały kolory,

Twarz przodków patrzy smutna, nieruchoma.

Chodził starosta, krok niepewny, skory26,

Za nim się cienie kładły od księżyca;

A gdy na niebo podniósł blade lica,

Na twarzy była zgryzota widoma.

W tłumie biesiadnym nowe słychać wrzaski;

I zbiegł starosta do sali biesiady,