Pierwszą pozłotę słońce w dzień jesieni,

A on się topi w błękitne powietrze

I lekko swego czoła zarumieni,

I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze

Drżą liście złote przy liściach z płomieni,

Pełny, okrągły, blady się przemienia

W mgłę... jak cudowna twarz srebrnego cienia...

XXXIII

Taka jej bladość! nieco ku błękitom

Nachylona już zgonu okropnością,