Jego oczy pełne złości

I ognia, jak owe doły

U bałwana ze śniegoły,

Przestracha na arendarzy,

Co jak latarnie cmentarzy

Przez wydrążone dwie jamy

Leją płomieniste błamy

Światła... we mgle gorejące

Jako cmentarne miesiące...

Ten trup ciągle nam wybladły